niedziela, 7 sierpnia 2011

Dzień trzeci: Czarna plaga

po raz kolejny deszcz chciał nam popsuć humor
25 lipca
Wyspani i szczęśliwi otworzyliśmy drzwi naszego małego przytulnego domu. Ujrzeliśmy deszcz. Pogodzie daliśmy szansę, aby się poprawiła, ale niestety – im dłużej czekaliśmy, tym bardziej padało. Nie mieliśmy więc wyjścia – przyodzialiśmy nasze kolorowe kubraczki i ruszyliśmy w stronę Rożnowa, będącego naszym celem.
Właściwie chyba już po 5 minutach byliśmy kompletnie przemoczeni w miejscach, których  nie zakrywały przeciwdeszczowe płaszcze. Trzeba jednak przyznać, że narzuciliśmy całkiem dobre tempo, ponieważ pierwszy odpoczynek zrobiliśmy dopiero po 10 km. Pomiedzy Łapanowem a Rożnowem jest 50 km i musimy przyznać, że wydaje się to dystansem dłuższym niż początkowe 85 km zważając na warunki pogodowe. Praktycznie nie rozmawialiśmy, pod góry o nachyleniu 8 i 10 stopni bez słowa wprowadzaliśmy rowery (Hrabianka D walczyła i pod wiele wjechała – Hrabianka A poddawała się widząc sam ostrzegający znak). Jesteśmy pewne, że gdyby istniał ślimakowy sąd, zostałybyśmy przed nim postawione i stracone – mamy na sumieniu nie jednego, nie dwa, a „kilka” rodzin ślimaków pozbawionych swoich członków. Czasem jednak należało zdecydować – ciężarówka albo ślimak. W ramach zadośćuczynienia i skruchy – prosimy o minutę ciszy poświęconą ich pamięci.

zmęczeni, przeziębieni, mający dość szelestu peleryn
w Gospodzie pod Kamieniem jest dobre
jedzenie i łatwo złapać stopa
W Lipnicy Murowanej zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe całkowicie przemoczeni, aby zjeść coś ciepłego. Stamtąd postanowiłyśmy dać sobie 5 minut na złapanie stopa, nie dlatego, że byliśmy jakoś bardziej niż ostatnio zmęczeni, ale z czystej ciekawości, kto jest gotowy zabrać trzy przemoczone osoby z rowerami załadowanymi bagażami. Ku naszemu zaskoczeniu zatrzymał się już trzeci samochód z panem, którego chwyciły korzonki i na trasie do Jurkowa opowiadał nam kawały i anegdoty związane z innymi autostopowiczami. Trzeba przyznać, że był to jeden z najlepszych przewoźników. Przy okazji polecił nam „małą Chorwację” w Jurkowie. Jeżeli ktoś się wybiera, polecamy sprawdzić i dać nam znać, czy warto.
Karpackie szlaki na długo pozostaną w naszej pamięci.
Hrabianka A na drugim planie chłodzi się
jak pies wywieszonym językiem














Pogoda chwilowo się polepszyła, więc trasę z Jurkowa do promu na Wytrzyszczce pokonaliśmy równie szybko, choć górki wcale nie straciły na swoim stopniu nachylenia. Szczególnie te w Tropiu i samym już Rożnowie dały nam się we znaki, aż chce się rzec, że miotało nami jak szatanami.


jakże nowoczesny prom na Wytrzyszczce
Do celu dojechaliśmy ponownie kompletnie mokrzy i spragnieni ciepłego kąta. Na szczęście tym razem nie musieliśmy już spać pod namiotem i mogliśmy się napić zupełnie ciepłej herbaty. Szczęśliwi, że udało nam się dojechać do celu. Następny wyczyn, który spokojnie możemy wpisać sobie do CV.

przez moment wydawało nam się, że to fatamorgana
Bilans: 35 km + ok. 10 km przejechane stopem.
Całkowity bilans podróży: 200 km



piątek, 5 sierpnia 2011

Dzień drugi: KRYZYS

24 lipca
Hrabianka A i Diuk na przedzie
szlachecka pogoda
Diuk doznał oświecenia i stwierdził, że jednak nie musimy jechać przez Lanckoronę. Ruszyliśmy w mało szlacheckich humorach z wyjątkowo obolałymi pośladkami i odczuwalnymi mięśniami, których obecność nie była nawet zaznaczona na lekcjach biologii. Nie wiedząc którędy jechać, Diuk załatwił przewodnika rowerowego, którego można porównać do prawdziwych górskich piechurów - narzucił mordercze tempo, wjeżdżając pod 8 procentową górę któremu nie śmiałyśmy się początkowo sprzeciwić. Deszcz robił co mógł aby nas zatrzymać, na szczęście odpowiednio wyposażeni przebraliśmy się w foliowe krasnoludki co uchroniło nas przed całkowitym przemoczeniem. Sporo czasu zmarnowaliśmy jednak siedząc schowani i skuleni na przystanku marząc o ciepłym kubku jakiegoś trunku, ponieważ Hrabianka D straciła wzrok – okulary nie mają wycieraczek, a Hrabianka A ogólnie zaniemogła i nawet mogłaby przysiąc, że ma permanentny zanik pamięci, ponieważ nie wie, co działo się dnia drugiego.
Pożywiliśmy się pizzą w Pizza Pat – była wielce dobra i duża, tak że starczyła i na śniadanie dnia trzeciego. Sporządziliśmy notatkę opisującą przebieg trasy dnia drugiego. Wyglądała następująco:
dom Juniora
- 8 stopniowa góra ze schodami
- mnóstwo ślimaków na drodze
- kryzys
- deszcz
-kryzys
-pizza
-kryzys
- pole namiotowe
-prysznic
W Łapanowie zupełnie przypadkowo trafiliśmy na pole namiotowe, na którym dostaliśmy 50% zniżkę na malutki domek, prawdopodobnie z powodu stanu naszego przemoczenia i deszczu, który nie wyglądał, jakby gdzieś się wybierał. Mieliśmy okazję się wyspać na – jak nam się wtedy wydawało- najwygodniejszych łóżkach świata i wziąć gorący prysznic, tak potrzebny po całym dniu tułaczki w deszczu.
Bilans: 58 km

środa, 3 sierpnia 2011

Dzień pierwszy, MAM SWETER NA PODUSZKĘ


 23 lipca

Tym razem podróż nie rozpoczęła się od kawy, ponieważ pociąg TLK z Katowic do Jaworzna jak zwykle nie pojawił się na peronie powodując opóźnienie wyprawy. Już w Szczakowej poczułyśmy trud podjeżdżania pod górę z niegodnym hrabianek ciężkim obciążeniem (jednak jak wiadomo hrabianki biorą ze sobą w podróż WSZYSTKO). Pogoda była wielce ładna acz trochę nieodpowiednia i zbyt słoneczna na podróż rowerem. Pierwsze 30 km pokonałyśmy z zadziwiającą łatwością i w zadowalającym tempie. Problemy rozpoczęły się, kiedy dołączył do nas Diuk ze swoją jakże genialną wizją trasy widokowej. Nawet rower Maria Awaria „traktorek” zaprotestował, zrzucając zbędny łańcuch niczym wąż skórę. Zdecydowanie odradzamy trasę przez Pogorzyce, które powinny się raczej nazywać: Pod-Górzyce.

Maria Awaria i Diuk
po wyprawie jesteśmy pewne, że połowa bagażu była zbędna...
 Planowana wycieczka do Dinozatorlandu okazała się zbyt śmiałym założeniem – w Zatorze byliśmy przed siedemnastą. Zabawę z dinozaurami zastąpiłyśmy zjedzeniem Diukowi kebaba. Planowo dojechać chcieliśmy do Lancokorony (genialny pomysł Diuka – nieświadomego, że wioska ta znajduje się w lesie na górce otoczonej bonusowo innymi górkami, o czym informowałyśmy go cały dzień). 4 km przed Lanckoroną, w Brodach – zachodzące słońce oraz nadchodzące egipskie ciemności wygrały nierówną walkę ze słabym oświetleniem naszych rowerów zatrzymując nas i zmuszając do znalezienia miłego miejsca na rozbicie namiotu. Miłym miejscem wydawało się pole u pana Grzegorza, 51 letniego rencisty. Wielce miły pan okazał się być fanatykiem religijnym i był nieco niezrównoważony psychicznie. Ale grzecznie potakiwaliśmy wszystkiemu co mówił, by nie wdać się w głębszą dyskusję o ‘amata amama’ oraz ‘polskie złoty’ (???). Pan Grzesiek miał jednak bardzo ciekawą stodołę, która – jak mniemamy – kryła wiele tajemnic. Udostępnił nam wiadro letniej wody, w której z chęcią się orzeźwiliśmy, postanawiając wpisać sobie tę spartańską umiejętność do CV.
prawdziwe oblicze hrabianek.
pierwszy raz widziałyśmy te skrzynki i wielce
nam się spodobały;)
Wieczorem w namiocie, leżąc na poduszkach zrobionych z ubrań, uświadomiliśmy sobie, że nie spodziewaliśmy się, że w górach będą góry. Rowerowy trip po Europie, tak ochoczo planowany podczas jazdy z Jaworzna do Chrzanowa, został natychmiast odwołany i uznany za pomysł godny jedynie szaleńca. Karimaty zjeżdżały w dół po nierównym terenie. Obudziliśmy się połamani i źli, ponieważ o 4 rano Diuk zapomniał, że nie jest sam w namiocie i zaczął hucznie poszukiwać snickersa, a następną pobudkę zapewnił nam o 7 rano gospodarz budząc nas na mszę. (~!@#$%^&*). Podziękowaliśmy za zaproszenie próbując zasnąć chociaż jeszcze na chwilkę. Pogoda nie zapowiadała dalszego ciągu rozpieszczania.

Bilans: 84,5 km

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Dziesięć szlacheckich przykazań rowerowych:

Ktokolwiek widział i jest gotowy zwrócić nasze obolałe pośladki, proszony o niezwłoczny kontakt.
Tymczasem prezentujemy dziesięć szlacheckich przykazań rowerowych:

1. Przez pół roku codziennie jeździj na rowerze po górkach o nachyleniu co najmniej 8 stopni, albowiem inaczej prowadzić rower pod górę będziesz.
2. Czcij siodełko żelowe, co opóźnia zanik pośladków i kości ogonowej.
3. Bierz na deszczowe podróże pelerynki ze ściągaczami wokół szyi oraz przeciwdeszczowe etui na sakwy rowerowe.
4. Nie będziesz szukał noclegów u psychopatów/fanatyków religijnych nienawidzących papieża.
5. Pamiętaj by zawsze mieć pod ręką wzmacniającego Snikersa lub Marsa.
6. Szanuj krzyż swój i unikaj zbędnych obciążeń.
7. Miej zawsze niezbędnik rowerowy: narzędzia, dętkę i pompkę.
8. Będziesz miał szlacheckie urządzenia w postaci szczegółowej mapy czy GPS’a w telefonie  (lub bezbłędną orientację, co wielce ułatwia poruszanie się po tak zwanych zadupiach od punktu A do B w jak najkrótszym wariancie).
9. Nie będziesz pożądał jazdy bez błotników na drogach pełnych ślimaków
10. Ani długodystansowej jazdy rowerem z przerzutkami typu „traktor” bez wcześniejszej ich regulacji.


   Zacny plan przejechania tak długiej trasy bez większego przygotowania nie powiódł się. Nie wykluczamy jednak, że to nie-pogoda jest głównym czynnikiem wpływającym na nasz kryzys w podejściu do dalszej jazdy jak i chodzenia po górach. W każdym razie i tak jesteśmy z siebie zadowolone, bo podołałyśmy połowie naszego planu. Niestety...ból mięsni i ciągle padające grochy z nieba nie zachęcały do zrealizowania drugiej części trasy.  
   Pierwsze kilometry przejechaliśmy zgodnie z tym, co sobie wymyśliliśmy wcześniej. W 3 dni 180km. Niby mało... na spokojnie mieliśmy jechać a po drodze jeszcze wiele zwiedzać i cieszyć się pięknymi widokami. Trochę nasze wyobrażenie o rowerowym tripie uległo przemianie. Polskie drogi w górach są niesamowicie strome a widoki uprzykrzają niezliczone ilości potrąconych zwierząt.

Relacja z pierwszego dnia rowerowego tripa już jutro :)


piątek, 22 lipca 2011

Korona rowerem

Nasze skromne grono czytelnicze informujemy, że postanowiłyśmy zorganizować sobie prywatny survival rowerowy polegający na przejechaniu około 350 km. Wydawać się niektórym może śmieszne - okej. Przypominamy, że jesteśmy hrabiankami. Mamy delikatne pośladki i chodzimy w wąskich spodniach, a rozbudowanie łydek zwiększa szanse na ich pęknięcie.

stan nieprzygotowania Hrabianki A
Wyruszamy już jutro, o ile nasz tymczasowy stan permanentnego nieprzygotowania na to pozwoli.

Trasa Szlachecka prowadzi z Jaworzna do Rożnowa przez Zator, Wadowice, Lanckoronę oraz Łapanów. Następnie z Rożnowa gdzieś w góry (kierunek Piwniczna-Zdrój) by zdobyć kolejne dwa szczyty - Radziejowa (1262m n.p.m.) i Wysoka (1050m n.p.m.) i stamtąd - o ile znajdziemy jeszcze jakieś siły, rowerem do Tarnowa, skąd skorzystamy z dobrodziejstw tak punktualnego PKP.

Hrabianka D zrezygnowała z wzięcia suszarki


Z około tygodniowej wyprawy na pewno przywieziemy coś na wzór Blair Witch Project.
Fingers crossed!


Trasa rowerowa 1131096 - powered by Bikemap 

poniedziałek, 18 lipca 2011

Królowa niepogód zdobyta


            Wyprawę na Babią przygotowałyśmy w pełni, tzn.: zrobiłyśmy zdjęcia przewodnika po górach w księgarni, przeczytałyśmy (o dziwo!) te kartki, którym zrobiłyśmy zdjęcia i skonfrontowałyśmy tę nowo nabytą wiedzę z wyszukiwarką Google. Tym razem postanowiłyśmy nie dać się zaskoczyć – Babia Góra, jak każda baba jest nieprzewidywalna i kapryśna, a ponieważ dzień wcześniej donoszono, że na Kasprowym spadł śnieg - na Babiej spodziewałyśmy się co najmniej gradobicia i deszczu kozic lub żab.
            Tak więc w podróż wzięliśmy wszystko: czapkę, rękawiczki, płaszcze przeciwdeszczowe dla całej ekipy, ekstra pary skarpet, szminki ochronne, latarki gdybyśmy zupełnie przypadkiem postanowili odkryć nowy szlak papuciowy, szaliki i chusty Buff. I przyznać trzeba, że z całego tego zestawu przydały się tylko chusty i apaszki, ponieważ Babia przewrotnie zaskoczyła nas iście szlachecką, słoneczną pogodą. Dobrze że hrabianki oprócz swoich wypasionych dżinsów postanowiły wziąć także wypasione geterki zwane inaczej legginsami, które polecamy brać w podróż każdemu. 
            Doszliśmy do wniosku, iż najłatwiej do celu będzie nam dotrzeć obierając trasę do Krakowa i stamtąd autobusem jadącym przez Suchą Beskidzką do Zawoi w cenie 12,30 zł studencki. Dotarcie do znalezionego przez nas w internecie noclegu w Zawoi Wełcza (u miłych państwa, którzy nie powiedzieli nam przez telefon, że mieszkają 3 km od przystanku) już wystarczająco nas zmęczyło, do tego stopnia, że towarzyszący nam Diuk Kubota był bliski utraty swojego życia, jednak spotkało go miłosierdzie, gdyż zagubił w pociągu swoją kurtkę, więc było nam go po ludzku szkoda.
chcieliśmy z drogowskazem do Babiej...
 Zabraliśmy ze sobą to, co wydawało nam się potrzebne i (podwiezieni przez interesownego gospodarza) rozpoczęliśmy wędrówkę z Przełęczy Lipnickiej (Krowiarki) szlakiem czerwonym dowiadując się przy okazji, że dzień wcześniej od tej strony na Babią zdecydowało się podejść jedynie 8 osób z powodu niepogody. Jako że szlak prowadzi przez Babiogórski Park Narodowy, wstęp na ten teren jest płatny - 2,60zł ulgowy, jednak dostaje się całkiem ładną pamiątkową pocztówkę. Po pierwszych 20 minutach Hrabianka A w myślach przeklinała ideę zdobywania Korony i tego, kto wymyślił te do granic irytujące schody, przez które tylko jeszcze bardziej bolały nogi (ale nic nie mówiła, tylko sapała). Po pierwszym kryzysie było już o wiele lepiej. Świeciło słońce, na trasie było wielu turystów witających nas już nieobcym ‘cześć’ lub ‘dzień dobry’. Grisly, który podczas tej wyprawy: pierwszy raz jechał pociągiem oraz pierwszy raz chodził po górach (dla niego była to „Biała Góra", nie "Babia"), wykazał się brakiem kultury constans – ani razu nikomu nie odpowiedział, ani usta jego nie drgnęły w uśmiechu, możliwe, że nawet się wkurzał i nie zapominał podkreślać, jak to hrabianki powoli idą.
            Babia powitała nas rojem much z ciekawością okrążających nas sugerując, że nie zażyliśmy w ostatnim czasie kąpieli (co nie było prawdą, więc na pewno były to muchy chore) i były wszędzie, szczególnie tam, gdzie szlak był otoczony kosodrzewiną i innymi roślinami zielonymi i fajnymi i jeszcze kolorowymi, których tak łatwo już nie rozpoznaliśmy (choć jedna z nas rozpoznała dziewięćsił bezłodygowy, tylko dlatego że jest pod ochroną w jej rodzinnym mieście). Przypomniały nam się zapiski z ery paleozoiku, kiedy to mieliśmy lekcje geografii o piętrowym układzie roślinności. Nic więcej się nie przypomniało.

niezbity dowód wszechobecności much
              Na Sokolicy (1367 m n.p.m.) zachwyciły nas przepiękne widoki, których nie omieszkaliśmy uwiecznić przy okazji dowiadując się, że muchy lubią siedzieć również na obiektywach aparatów. Od tego momentu nasza wędrówka zaczęła upływać w spokoju ducha i przywoływaniu wspomnień z zajęć jogi, kiedy to wszystkim zawsze burczało w brzuchach a niektórzy mieli problemy z utrzymywaniem równowagi. Po drodze usłyszeliśmy nawet, że jesteśmy „dobrą energią na Babiej” (cyt. dosłowny: „widzę, że tutaj bardzo dobra energia płynie prosto do nieba”), tak tak. Towarzyszący nam mężczyźni podchwycili Vrksasana – pozycję drzewa.


            Na całej schodkowej trasie energii dodawały nam słodkości, litry wody i myśl, że na szczycie czeka nas nagroda w postaci eliksiru dającego super moc – buteleczki Frugo. Z Sokolicy szlak jest iście przepiękny i wielce przyjemnie pokonuje się niekończące się schody. Babia Góra lubi bawić się w chowanego. Człowiek myśli, że już widzi szczyt, a tu psikus… punkt widokowy. Kiedy widoczność osiąga więcej niż 3m, grę w chowanego wynagradza zastana panorama. Idąc dalej szlakiem czerwonym po drodze zdobyliśmy również szczyt Kępa (1530m n.p.m.) oraz mało szlachecko brzmiący – Gówniak (1617m n.p.m.).




            Pokonując kolejne niewygodnie ułożone kamienie, zdobyliśmy upragniony szczyt, na którym wszyscy piechurzy chowają się za wiatrochronem. Na górze siła wiatru potrafiłaby przewrócić niejednego malucha ledwo stąpającego po ziemi. Niewiele  zwlekając rozłożyliśmy się na dużym kamieniu w celu spożycia eliksiru mocy. Sesja z zajęć jogi została uwieczniona zarówno w formie obrazu jak i wideo. Nasz towarzysz Grisly dał nawet popis tajemnej dla reszty sztuki posługiwania się jojo. 

po zdobyciu Diablaka ukryliśmy się za granicą ;)

klasycznie: nasze papucie :)
     Poprawiając humory pozostałym piechurom, pożegnaliśmy się z Babią Górą i skierowaliśmy się na szlak żółty w stronę Schroniska PTTK Markowe Szczawiny, gdzie my - Hrabianki - wbiłyśmy kolejne pieczątki do książeczki Zdobywców Korony Gór Polski. Po dokładnym rozeznaniu terenu schroniska, zgodnie przyznaliśmy, że dobrze zrobiliśmy nie wybierając noclegu w tym miejscu. Skorzystaliśmy jedynie z toalety, która na szczęście nie zmuszała do załatwiania sprawy ‘na małysza’ oraz z śmietnika – nie uznajemy wyrzucania śmieci poza miejscem do tego przeznaczonym. Na ławeczkach zrobiliśmy kolejną sesję zdjęciową z Frugo i bańkami mydlanymi. Piechurzy, którzy rzucają wszystko gdzie popadnie, prędzej czy później zostaną surowo ukarani przez Matkę Naturę(!). A przynajmniej tego im życzymy.

drugi plan był głodny
     Schodzenie w dół z Babiej Góry jest nudniejsze… tak słyszeliśmy. Wystarczy jednak włączyć odpowiednią muzykę i uważając by się nie poślizgnąć, można schodzić i tańczyć. Wszyscy byliśmy w takiej euforii, że momentami nawet zbiegaliśmy, ciesząc się jak malusie dzieci. Każdego z nas, obuwie posiada niezniszczalną podeszwę. Cwaniacy z traperami gubią kawałki swoich butów a my jak na tańcu na lodzie...ślizgamy się kontrolując swoje ruchy. Zatrzymało nas dopiero skrzyżowanie sugerujące, że został otwarty nowy szlak. Od schroniska schodziliśmy szlakiem zielonym. Spojrzeliśmy na mapę by upewnić się gdzie ta nowość ma nas niby doprowadzić. Po chwili dumania stwierdziliśmy, że idziemy tak czy siak, bo przecież wracać się nie będziemy.

trapery...pfffffff
  
     Nasza wycieczka skończyła się na przystanku autobusowym Zawoja Markowa, skąd odebrał nas wielce uprzejmy gospodarz naszego miejsca noclegowego, którego nikomu nie polecimy, bo na pewno są fajniejsze miejsca, w których nikt nie życzy sobie dodatkowej opłaty za dwa krótkie kursy samochodem ;)
i Juniora tym razem nie mogło zabraknąć.












PS. Hrabianki mają już wykształcenie wyższe dziennikarskie. Chętnie przyjmiemy gratulacje i zaproszenia na oblewanie w komentarzach ;)
PS. x2 polecamy: VOD Onet - Korona Ziemi - Martyna Wojciechowska zdobywa Koronę Ziemi.
PS. x3 Hrabianka D dziękuje swojej bratanicy za wyrozumiałość i wieczne pożyczanie śpiwora :*

niedziela, 10 lipca 2011

Frugo na Babiej Górze - fotorelacja

Mimo trudności, jakie wszyscy ciągle napotykają w kupnie Frugo, udało nam się zabrać kilka pysznych butelek na wysokość 1725 m n.p.m. Jako hrabianki byłyśmy wielce zadowolone. Diuk i Grisly również. 
No to frugo!








Pozostała relacja z wyprawy na Diablak już wkrótce - bądźcie czujni ;]

poniedziałek, 4 lipca 2011

obuwie godne hrabianek

Większość ludzi uważa nas za wariatów, którym życie niemiłe. Nie rozumiemy takiego podejścia. Co złego jest w ‘innym’ obuwiu niż wypasione górskie trapery czy kolorowych kurtkach?
Tak, tak… większe ryzyko zwichnięcia kostki, odnowienia kontuzji, bla bla bla. Drodzy piechurzy. Apelujemy więc do Was, abyście wsparli nas już nie tylko pukając się palcem w czoło, a finansowo. My, hrabianki, chcąc dołączyć do szlacheckiego grona PGP (Prawdziwi Górscy Piechurzy), wybrałyśmy idealne dla nas buty.
Podobno by dostać się do PGP, nie wystarczy zdobycie Babiej Góry czy Rysów. Trzeba posiadać coś MARKOWEGO! Miałyśmy cichą nadzieję, że nasze super śpiwory wystarczą. Niestety nie rzucają się one w oczy podczas wędrówki. Dlatego mogłybyśmy zacząć od porządnych butów. Szpilki terenowe!


Szpilki Grey Ant x Teva  fot. www.newhighmart.com
Nie, żeby nam zbrzydły nasze papucie, nie nie. 
Proszę się nie śmiać. To bynajmniej nie jest żart. Buty wyprodukowane zostały przez uznanego producenta sportowego – Teva, a my bardzo chcemy właśnie tak oddawać hołd górom,czego dowód damy zresztą już za kilka dni. (;
Szpilki Grey Ant x Teva  fot. www.newhighmart.com

sobota, 2 lipca 2011

Przed wyprawą

W ponad miesiąc od poprzedniej wyprawy, wypełniony przygotowaniami do obrony szlacheckiego tytułu licencjata, my, hrabianki, zatęskniłyśmy do gór i związanych z wyprawami nieprzewidywalnymi emocjami. A ponieważ w międzyczasie informacja o wchodzeniu w papuciach na góry rozniosła się wśród naszych znajomych, postanowiłyśmy obrać ambitny cel – Babia Góra.
Jaśnie Pan ma relaks i niestety tym razem nam towarzyszyć nie będzie. Nie wiadomo jeszcze, jaki tytuł szlachecki obierze nasz nowy kompan zaintrygowany ideą. Przygotowania tym razem zostały poczynione i poprzedzone wędrówką palcem po mapie w świetle latarki i w oparach shishy; została też sporządzona luźna wersja zapisków i potrzeb, gdzie znalazło się mało związane z tematem „ poznać szklarza”. Najważniejsze to uczyć się na własnych błędach, tak więc na liście ‘must take’ znalazły się wszystkie przedmioty, których tak brakowało ostatnio.


Niepogoda z nadchodzącego poniedziałku prawdopodobnie przesunęła naszą wędrówkę na czwartek. Jeśli ktoś wciąż chciałby dołączyć – wielce szlachecko zachęcamy :)

poniedziałek, 9 maja 2011

Czupel i schronisko na Magurce

Nieświadomi tego co czynić mają, przeszli znów słynną bielską kładką na drugą stronę. Na stacji benzynowej chytrze chcieli zajrzeć do mapy ale postanowili jednak zaufać miłemu Panu, który poradził przejazd autobusem linii nr 8 do stacji Szyndzielnia z przystanku po drugiej stronie. Wizja przechodzenia po raz enty kładką spowodowała nudności u każdego z nich. Czyżby w Bielsku Białej nie mieli pasów? Na szczęście kilkanaście metrów od stacji Pan dojrzał upragnioną zeberkę. Kioskarka sprzedając im bilety (1,20zł ulgowy) potwierdziła to co wcześniej usłyszeli „Jak na Czupel to od Szyndzielni musicie”.  Zadowolone Hrabianki i Pan uczynili tak jak im radzono. Wsiedli i się rozłożyli jak gdyby autobus był ich własnością. Kierowca ostrzegał, że raczej jego linią na Czupel się nie dostaną ale nie jest pewien bo jako rodzony bielszczan, nie chodzi po górach. Cóż mieli zrobić… pojechali tak czy siak. Pod Szyndzielnią spojrzeli na mapę - i wszystko było nie tak. Szczyty według nich miały być w ogóle gdzie indziej umiejscowione a Czupel powinien mieć ponad 900m n.p.m., a nie niewiele ponad 600m n.p.m.  Stwierdzili, że to albo stara mapa, albo na Czupel wysypano więcej ziemi. Nie mieli wyboru - trzeba było po raz kolejny się ośmieszyć i zapytać o drogę. Pan z góralskim akcentem zaśmiał się na sam ich widok. Góral okazał się jednak największym kołem ratunkowym. Pokierował Hrabianki i Pana z powrotem do centrum Bielska i tam nakazał wsiąść w jedenastkę. (CO!? Że niby znowu w stronę kładki!? – pomyśleli). Autobus, który ich przywiózł jeszcze stał...jak gdyby Pan kierowca specjalnie na nich czekał. Pojechali więc do centrum. Na drugą stronę dostali się znalezionymi wcześniej pasami. Bilety kupili w innym kiosku, bo w pierwszym Pani ich oszukała. Na autobus musieli poczekać 25min. Paniusie Hrabianki stwierdziły, że za taką podróż trzeba będzie na szczycie Czupla wzbić wielce szlachecki toast. Udały się więc do sklepu i po dłuższej debacie wybrały białe, słodkie wino i piwa dla Pana. Ekwipunek schowała Hrabianka D myśląc, że skoro niesie najmniejszy bagaż , pomoże towarzyszom. Autobus linii nr 11 zawiózł naszą trójcę do końca swojej trasy – Straconka. Na miejscu doznali jednak małego rozczarowania gdyż nie było żadnych, nawet przeterminowanych, map ani znaków gdzie są szlaki. Hrabianka A z lekkim poirytowaniem już poprosiła o pomoc kobietę zza płotu– „Za tym budynkiem znajdziecie zielony szlak. On Was doprowadzi do schroniska, którego szukacie. Szlak jest krótki, dacie młodzieży radę”. W końcu… w końcu znaleźli się na właściwej drodze do celu. Co prawda wg wcześniejszych analiz w internecie, Paniusie Hrabianki i Pan mieli iść szlakiem niebieskim, ale przecież zielony to też wielce fajny kolor jest. Nie trzeba chyba dodawać, że żadne z nich nie znało znaczenia kolorów. 

Poszli więc… po kilku metrach stromego podejścia Hrabianka D stwierdziła, że nigdy więcej nie będzie nosiła tak szlacheckiej torby wypełnionej butelkami alkoholu. Szlak zielony w stronę Czupla, pomimo że ma zaledwie 4,2km, okazał się drogą powodującą mroczki przed oczami i podchodzenie na górę od dupy strony. Szlak zmuszał ich nawet do trzykrotnego przechodzenia przez jezdnię. Minęli miniaturową wersję wodospadu Niagara napawając się niesamowitymi widokami przy zachodzącym słońcu. Zielony szlak był wciąż stromy i Paniusia Hrabianka D z taśką listonosza na ramieniu miała swoje chwile słabości. Co ona by zrobiła gdyby nie zapasy czekolady? Jedno duplo na lewą nóżkę, drugie duplo na prawą nóżkę… trzecie duplo, bo dobre jest. Pan z dużym plecakiem i Hrabianka A również nie pogardzili słodkimi przerwami. 

Droga dłużyła się niemiłosiernie, a Hrabianki z nadzieją w oczach wypatrywały dachu schroniska. Całą drogę umilała im muzyka puszczana z telefonu komórkowego. Ludzie chodzą po górach by się wyciszyć… taaaaak. Nie oni. Hrabianki i Pan nawet przy wspinaczce mają disco disco party party. Po kilku przechyłach i potknięciach ujrzeli, jak się potem okazało, świetne schronisko PTTK na Magurce. 
Magurka, 909 mnpm
Nie wiadomo jak musieli wyglądać, że dostali kiełbaski i rozkaz ich spożycia przy ognisku. Nie wiele myśląc poszli się rozpakować a potem świętować, że dali radę. Pierwsze dwa koronne szczyty są ich! Winem i piwem Hrabianki i Pan zapijali pyszne, lekko zwęglone kiełbaski. Noc była mroźna ale absolutnie nie popsuła żadnemu z nich humoru. Tematy przy ognisku lały się jak woda. Ba… nawet o konstelacji gwiazd sobie porozmawiali. Takie ot szlacheckie i wykształcone towarzystwo. 
Drugi dzień i niestety powrót. Pieczątki dostaje się w schronisku, gdyż na Czuplu nic nie zastaniecie. Nie licząc drzew i widoków oczywiście.
Pana Jarka nigdy nie zapomną - jego gościnność przerosła najśmielsze oczekiwania szlachciców. Może się jeszcze kiedyś spotkają. Jednak na pewno nie w schronisku na Magurce. Zielony szlak dał im w kość. No chyba, że Paniusie Hrabianki znajdą na mapie, którą dostały w prezencie by się już nie gubić, inny szlak prowadzący na Czupel. Przyszłość pokaże. Tymczasem… w planach naszej trójki rodzą się nowe pomysły na następne koronne szczyty. 
deszcz chciał nam zepsuć humor... następnym razem testujemy lżejsze obuwie :)

piątek, 6 maja 2011

Skrzyczne i mokasyny

           Podobno w góry trzeba wybierać się z samego rana. Paniusie Hrabianki i Pan dobrze o tym wiedzieli. Byleby to rano nie było zbyt wcześnie, bo przecież rano trzeba się spakować no i ładnie wyglądać dla gór. Ich wędrówka z tego też powodu rozpoczęła się o 11 – bo wcześniej Hrabianki i Pan musieli delektować się kawą i herbatą, zastanawiając się w którą stronę są te góry. Blueconnect wykorzystali do zalogowania się na Facebooku i dodania się do znajomych (Hrabianka A nie znała wcześniej Pana K), bo to ważniejsze niż poszukanie odpowiedniego szlaku w googlach. W końcu wyruszyli. Zanim jednak przejdziemy do samej przygody na szlaku czerwonym, skupmy się na tym skąd się w ogóle tam wzięła ta trójka.
Hrabianka D jest z Chorzowa, Hrabianka A z Jaworzna, a Pan jest z Warszawy. Każdy z innej parafii. Z Katowic dotarli do Bielska-Białej wielce wygodnym pociągiem regio. Dało to Hrabiance A półtorej godzinną możliwość do narzekania, na jak wielkim jest kacu. Hrabianka D poczęstowała A Actimelkiem aby miała siłę i kulturalne bakterie… obie po tym zasnęły.
Po wyjściu z dworca PKP w Bielsku należy odwrócić się w prawo. Trójca wspaniałych przeszła bardzo fajną kładką na drugą stronę ulicy, bo tak coś kojarzyli z internetu (jak będzie kiedyś pikieta by usunąć te kładkę - przyjeżdżajcie wszyscy!). Następnym wehikułem podróży stał się jeszcze wygodniejszy PKS. Bez zniżek studenckich (nie ma możliwości zakupu biletu w kasie – pani o godzinie 9 je i ma przerwę, nie sprzeda i koniec – do kierowcy!) dojechali do Szczyrku (6,30 zł) Biały Krzyż i rozpanoszyli się w Regionalnym Zajeździe wprowadzając innych turystów w zniesmaczenie. Turyści oczywiście wyposażeni w polarki i kijki. Ale o tym kiedy indziej. 

dobre złego początki
Mapę znaleźli przy jakiś dziwnych znakach i śmiejąc się, zdecydowali gdzie iść. Szlak im. Stanisława Huli (czerwony) przywitał ich stromym, ostrym podjazdem. Pełni sił wyprzedzali markowych turystów. Ale zaraz zaraz... trzeba przecież pierdolnąć fote! Pierwsze 3,5 km Paniusie Hrabianki i Pan przeszli żwawo zadowoleni z siebie. Ktoś po drodze mówił ‘Cześć’, ‘Dzień dobry’  (O co chodzi?)… grzecznie odpowiadali. Przy każdym mijaniu innych turystów czuli na sobie ich wzrok. Czyżby obuwie im nie pasowało? Paniusie Hrabianki w trampkach, a Pan w... mokasynach. Co jak co - ale dla gór trzeba się przecież ładnie ubrać. Szacunek się należy. Idąc szlakiem czerwonym minęli pierwszy szczyt – Malinów. Tylko że dowiedzieli się o tym będąc na szczycie drugim – Malinowska Skała. Miejsce idealne na zjedzenie śniadania… no i pierdolnięcia sobie zdjęcia z ręki. 
Była to bowiem wycieczka, która od początku do końca sponsorowało wulgarne słowo „pierdolnięcie”, które w ich ustach brzmiało iście szlachecko. No ale dobrze, bo mogłoby się wydawać, że obyło się bez potu i zmęczenia – nie, nie – kolejno z ich odzienia znikały warstwy ubrań mających chronić przed ewentualnym gniewem pogody (w końcu jednak dzięki nim się pogniewała – dlatego że ładnie się ubrali) i wyszło ich szlachetne mieszczaństwo. Jakaś głęboko ukryta duma nie pozwalała im sięgnąć po kijki, których zastosowanie wciąż było i jest niejasne, o ile nie idzie się na czworaka.
Na Malinowskiej Skale dowiedzieli się od prawdziwych piechurów, że Czupel, który mają zamiar zdobyć po dotarciu na Skrzyczne nie znajduje się w ogóle w okolicy. Zdziwienie Jaśnie Hrabianek było niemałe. Pan miał relaks i jadł, więc się nie przejmował. Prawdziwi piechurzy mają jednak to do siebie, że coś tam wiedzą, o wszystkim i niczym, ale w głowie sobie tego poukładać nie umieją do końca. Otworzyli wielką mapę i Hrabianka D pospieszyła do niej ochoczo początkowo ogarniając całą delikatnie poruszając gałkami ocznymi, niezauważenie – tak aby nikt nie zorientował się, że nie wie, gdzie szukać na niej czegokolwiek. Koniec końców jak zwykle – Hrabianki miały racje. Czupel był, a piechurzy chcieli się popisać. 
Grunwald podbity

Z Malinowskiej ochoczo ruszyli dalej szlakiem zielonym– najpierw w dół kamienistą drogą, później przez pole przypominające Grunwald – gdzie nie omieszkali sobie… powiedzmy „zrobić” kolejnych zdjęć. Owo „zrobić”, z racji sponsorowania imprezy przez inne słowo, możliwe że nie padło ani raz. Droga szła raz to w górę, raz w dół, ale ogólnie była dość przyjemna. W końcu jak mogłoby być inaczej w tak doborowym towarzystwie. Mijali wielu ludzi idących w wielkim skupieniu i ciszy, z minami cierpiętników i cierpiętnic, w myślach liczących każdy oddech. A po co, skoro w górach można się tak świetnie bawić? Rozmawiać, śmiać się, słuchać muzyki z telefonu. Przystawać pod pretekstem ściągnięcia z siebie jakiegoś ubrania lub zjedzenia czegoś słodkiego. Wszystko można. 
uśmiechnięte drzewo - zacna atrakcja
Po wejściu na Czupel, droga na Skrzyczne wydaje się jednak dość łagodnym podejściem. Szli długo, ale było warto – pierwsze pieczątki do książeczek Zdobywców Korony Gór Polski sobie… powiedzmy: „wbili”. Tzn. Paniusie Hrabianki wbiły. Panem kierują wyższe pobudki, które nie wymagają posiadania żadnej książeczki. 
Schronisko na Skrzycznym było przeludnione, jak i sam szczyt, a ubikacja za zeta jest w stylu ‘na Małysza’. Mnóstwo osób na rowerach a w powietrzu – na paralotniach. Pan zameldował siebie i Hrabianki na facebooku. Napisał: SZCZKRZYCZNE. Zrobili fotę z iPhona, trochę pokręcili się po szczycie szukając sobie miejsca. Cieszyli oczy widokami. Ponieważ była już 14:00, a przed nimi był jeszcze Czupel, w dół zmuszeni byli zjechać kolejką (12 zł) co pozwoliło:
a) zamarznąć im w powietrzu w iście hrabiańskich ubraniach
b) dłużej cieszyć się pięknymi widokami
c) doprowadzić do refleksji, że może następnym razem przydałyby się rękawiczki.

Junior
 Z dołu, mimo wcześniejszych zapewnień pani z Regionalnego Zajazdu, autobus wcale nie jeździł co 20 min, ale mieli szczęście i nie musieli czekać zbyt długo. Skorzystali z czasu i udali się do karczmy na szybkie ciepłe jedzenie. Paniusie Hrabianki zamówiły barszcz z krokietem, Pan miał relaks i zadowolił się żurkiem. Barszcz i krokiety przyszły zbyt późno, przez co A i D musiały ku swojemu niezadowoleniu wielce szybko jeść krokieta smakującego niczym z domieszką gazety wyborczej, a przepieprzony barszczyk przelać do plastikowego kubka. PKS przyjechał niepunktualnie, ale nie marudzili. Droga powrotna do Bielska-Białej była fascynująca, gdyż kierowca większość trasy pokonał w żółwim tempie i na luzie. W Bielsku znowu przywitała ich dobrze znana już kładka.