24 lipca
 |
| Hrabianka A i Diuk na przedzie |
 |
| szlachecka pogoda |
Diuk doznał oświecenia i stwierdził, że jednak nie musimy jechać przez Lanckoronę. Ruszyliśmy w mało szlacheckich humorach z wyjątkowo obolałymi pośladkami i odczuwalnymi mięśniami, których obecność nie była nawet zaznaczona na lekcjach biologii. Nie wiedząc którędy jechać, Diuk załatwił przewodnika rowerowego, którego można porównać do prawdziwych górskich piechurów - narzucił mordercze tempo, wjeżdżając pod 8 procentową górę któremu nie śmiałyśmy się początkowo sprzeciwić. Deszcz robił co mógł aby nas zatrzymać, na szczęście odpowiednio wyposażeni przebraliśmy się w foliowe krasnoludki co uchroniło nas przed całkowitym przemoczeniem. Sporo czasu zmarnowaliśmy jednak siedząc schowani i skuleni na przystanku marząc o ciepłym kubku jakiegoś trunku, ponieważ Hrabianka D straciła wzrok – okulary nie mają wycieraczek, a Hrabianka A ogólnie zaniemogła i nawet mogłaby przysiąc, że ma permanentny zanik pamięci, ponieważ nie wie, co działo się dnia drugiego. Pożywiliśmy się pizzą w Pizza Pat – była wielce dobra i duża, tak że starczyła i na śniadanie dnia trzeciego. Sporządziliśmy notatkę opisującą przebieg trasy dnia drugiego. Wyglądała następująco:
 |
| dom Juniora |
- 8 stopniowa góra ze schodami
- mnóstwo ślimaków na drodze
- kryzys
- deszcz
-kryzys
-pizza
-kryzys
- pole namiotowe
-prysznicW Łapanowie zupełnie przypadkowo trafiliśmy na pole namiotowe, na którym dostaliśmy 50% zniżkę na malutki domek, prawdopodobnie z powodu stanu naszego przemoczenia i deszczu, który nie wyglądał, jakby gdzieś się wybierał. Mieliśmy okazję się wyspać na – jak nam się wtedy wydawało- najwygodniejszych łóżkach świata i wziąć gorący prysznic, tak potrzebny po całym dniu tułaczki w deszczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz