piątek, 6 maja 2011

Skrzyczne i mokasyny

           Podobno w góry trzeba wybierać się z samego rana. Paniusie Hrabianki i Pan dobrze o tym wiedzieli. Byleby to rano nie było zbyt wcześnie, bo przecież rano trzeba się spakować no i ładnie wyglądać dla gór. Ich wędrówka z tego też powodu rozpoczęła się o 11 – bo wcześniej Hrabianki i Pan musieli delektować się kawą i herbatą, zastanawiając się w którą stronę są te góry. Blueconnect wykorzystali do zalogowania się na Facebooku i dodania się do znajomych (Hrabianka A nie znała wcześniej Pana K), bo to ważniejsze niż poszukanie odpowiedniego szlaku w googlach. W końcu wyruszyli. Zanim jednak przejdziemy do samej przygody na szlaku czerwonym, skupmy się na tym skąd się w ogóle tam wzięła ta trójka.
Hrabianka D jest z Chorzowa, Hrabianka A z Jaworzna, a Pan jest z Warszawy. Każdy z innej parafii. Z Katowic dotarli do Bielska-Białej wielce wygodnym pociągiem regio. Dało to Hrabiance A półtorej godzinną możliwość do narzekania, na jak wielkim jest kacu. Hrabianka D poczęstowała A Actimelkiem aby miała siłę i kulturalne bakterie… obie po tym zasnęły.
Po wyjściu z dworca PKP w Bielsku należy odwrócić się w prawo. Trójca wspaniałych przeszła bardzo fajną kładką na drugą stronę ulicy, bo tak coś kojarzyli z internetu (jak będzie kiedyś pikieta by usunąć te kładkę - przyjeżdżajcie wszyscy!). Następnym wehikułem podróży stał się jeszcze wygodniejszy PKS. Bez zniżek studenckich (nie ma możliwości zakupu biletu w kasie – pani o godzinie 9 je i ma przerwę, nie sprzeda i koniec – do kierowcy!) dojechali do Szczyrku (6,30 zł) Biały Krzyż i rozpanoszyli się w Regionalnym Zajeździe wprowadzając innych turystów w zniesmaczenie. Turyści oczywiście wyposażeni w polarki i kijki. Ale o tym kiedy indziej. 

dobre złego początki
Mapę znaleźli przy jakiś dziwnych znakach i śmiejąc się, zdecydowali gdzie iść. Szlak im. Stanisława Huli (czerwony) przywitał ich stromym, ostrym podjazdem. Pełni sił wyprzedzali markowych turystów. Ale zaraz zaraz... trzeba przecież pierdolnąć fote! Pierwsze 3,5 km Paniusie Hrabianki i Pan przeszli żwawo zadowoleni z siebie. Ktoś po drodze mówił ‘Cześć’, ‘Dzień dobry’  (O co chodzi?)… grzecznie odpowiadali. Przy każdym mijaniu innych turystów czuli na sobie ich wzrok. Czyżby obuwie im nie pasowało? Paniusie Hrabianki w trampkach, a Pan w... mokasynach. Co jak co - ale dla gór trzeba się przecież ładnie ubrać. Szacunek się należy. Idąc szlakiem czerwonym minęli pierwszy szczyt – Malinów. Tylko że dowiedzieli się o tym będąc na szczycie drugim – Malinowska Skała. Miejsce idealne na zjedzenie śniadania… no i pierdolnięcia sobie zdjęcia z ręki. 
Była to bowiem wycieczka, która od początku do końca sponsorowało wulgarne słowo „pierdolnięcie”, które w ich ustach brzmiało iście szlachecko. No ale dobrze, bo mogłoby się wydawać, że obyło się bez potu i zmęczenia – nie, nie – kolejno z ich odzienia znikały warstwy ubrań mających chronić przed ewentualnym gniewem pogody (w końcu jednak dzięki nim się pogniewała – dlatego że ładnie się ubrali) i wyszło ich szlachetne mieszczaństwo. Jakaś głęboko ukryta duma nie pozwalała im sięgnąć po kijki, których zastosowanie wciąż było i jest niejasne, o ile nie idzie się na czworaka.
Na Malinowskiej Skale dowiedzieli się od prawdziwych piechurów, że Czupel, który mają zamiar zdobyć po dotarciu na Skrzyczne nie znajduje się w ogóle w okolicy. Zdziwienie Jaśnie Hrabianek było niemałe. Pan miał relaks i jadł, więc się nie przejmował. Prawdziwi piechurzy mają jednak to do siebie, że coś tam wiedzą, o wszystkim i niczym, ale w głowie sobie tego poukładać nie umieją do końca. Otworzyli wielką mapę i Hrabianka D pospieszyła do niej ochoczo początkowo ogarniając całą delikatnie poruszając gałkami ocznymi, niezauważenie – tak aby nikt nie zorientował się, że nie wie, gdzie szukać na niej czegokolwiek. Koniec końców jak zwykle – Hrabianki miały racje. Czupel był, a piechurzy chcieli się popisać. 
Grunwald podbity

Z Malinowskiej ochoczo ruszyli dalej szlakiem zielonym– najpierw w dół kamienistą drogą, później przez pole przypominające Grunwald – gdzie nie omieszkali sobie… powiedzmy „zrobić” kolejnych zdjęć. Owo „zrobić”, z racji sponsorowania imprezy przez inne słowo, możliwe że nie padło ani raz. Droga szła raz to w górę, raz w dół, ale ogólnie była dość przyjemna. W końcu jak mogłoby być inaczej w tak doborowym towarzystwie. Mijali wielu ludzi idących w wielkim skupieniu i ciszy, z minami cierpiętników i cierpiętnic, w myślach liczących każdy oddech. A po co, skoro w górach można się tak świetnie bawić? Rozmawiać, śmiać się, słuchać muzyki z telefonu. Przystawać pod pretekstem ściągnięcia z siebie jakiegoś ubrania lub zjedzenia czegoś słodkiego. Wszystko można. 
uśmiechnięte drzewo - zacna atrakcja
Po wejściu na Czupel, droga na Skrzyczne wydaje się jednak dość łagodnym podejściem. Szli długo, ale było warto – pierwsze pieczątki do książeczek Zdobywców Korony Gór Polski sobie… powiedzmy: „wbili”. Tzn. Paniusie Hrabianki wbiły. Panem kierują wyższe pobudki, które nie wymagają posiadania żadnej książeczki. 
Schronisko na Skrzycznym było przeludnione, jak i sam szczyt, a ubikacja za zeta jest w stylu ‘na Małysza’. Mnóstwo osób na rowerach a w powietrzu – na paralotniach. Pan zameldował siebie i Hrabianki na facebooku. Napisał: SZCZKRZYCZNE. Zrobili fotę z iPhona, trochę pokręcili się po szczycie szukając sobie miejsca. Cieszyli oczy widokami. Ponieważ była już 14:00, a przed nimi był jeszcze Czupel, w dół zmuszeni byli zjechać kolejką (12 zł) co pozwoliło:
a) zamarznąć im w powietrzu w iście hrabiańskich ubraniach
b) dłużej cieszyć się pięknymi widokami
c) doprowadzić do refleksji, że może następnym razem przydałyby się rękawiczki.

Junior
 Z dołu, mimo wcześniejszych zapewnień pani z Regionalnego Zajazdu, autobus wcale nie jeździł co 20 min, ale mieli szczęście i nie musieli czekać zbyt długo. Skorzystali z czasu i udali się do karczmy na szybkie ciepłe jedzenie. Paniusie Hrabianki zamówiły barszcz z krokietem, Pan miał relaks i zadowolił się żurkiem. Barszcz i krokiety przyszły zbyt późno, przez co A i D musiały ku swojemu niezadowoleniu wielce szybko jeść krokieta smakującego niczym z domieszką gazety wyborczej, a przepieprzony barszczyk przelać do plastikowego kubka. PKS przyjechał niepunktualnie, ale nie marudzili. Droga powrotna do Bielska-Białej była fascynująca, gdyż kierowca większość trasy pokonał w żółwim tempie i na luzie. W Bielsku znowu przywitała ich dobrze znana już kładka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz