niedziela, 7 sierpnia 2011

Dzień trzeci: Czarna plaga

po raz kolejny deszcz chciał nam popsuć humor
25 lipca
Wyspani i szczęśliwi otworzyliśmy drzwi naszego małego przytulnego domu. Ujrzeliśmy deszcz. Pogodzie daliśmy szansę, aby się poprawiła, ale niestety – im dłużej czekaliśmy, tym bardziej padało. Nie mieliśmy więc wyjścia – przyodzialiśmy nasze kolorowe kubraczki i ruszyliśmy w stronę Rożnowa, będącego naszym celem.
Właściwie chyba już po 5 minutach byliśmy kompletnie przemoczeni w miejscach, których  nie zakrywały przeciwdeszczowe płaszcze. Trzeba jednak przyznać, że narzuciliśmy całkiem dobre tempo, ponieważ pierwszy odpoczynek zrobiliśmy dopiero po 10 km. Pomiedzy Łapanowem a Rożnowem jest 50 km i musimy przyznać, że wydaje się to dystansem dłuższym niż początkowe 85 km zważając na warunki pogodowe. Praktycznie nie rozmawialiśmy, pod góry o nachyleniu 8 i 10 stopni bez słowa wprowadzaliśmy rowery (Hrabianka D walczyła i pod wiele wjechała – Hrabianka A poddawała się widząc sam ostrzegający znak). Jesteśmy pewne, że gdyby istniał ślimakowy sąd, zostałybyśmy przed nim postawione i stracone – mamy na sumieniu nie jednego, nie dwa, a „kilka” rodzin ślimaków pozbawionych swoich członków. Czasem jednak należało zdecydować – ciężarówka albo ślimak. W ramach zadośćuczynienia i skruchy – prosimy o minutę ciszy poświęconą ich pamięci.

zmęczeni, przeziębieni, mający dość szelestu peleryn
w Gospodzie pod Kamieniem jest dobre
jedzenie i łatwo złapać stopa
W Lipnicy Murowanej zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe całkowicie przemoczeni, aby zjeść coś ciepłego. Stamtąd postanowiłyśmy dać sobie 5 minut na złapanie stopa, nie dlatego, że byliśmy jakoś bardziej niż ostatnio zmęczeni, ale z czystej ciekawości, kto jest gotowy zabrać trzy przemoczone osoby z rowerami załadowanymi bagażami. Ku naszemu zaskoczeniu zatrzymał się już trzeci samochód z panem, którego chwyciły korzonki i na trasie do Jurkowa opowiadał nam kawały i anegdoty związane z innymi autostopowiczami. Trzeba przyznać, że był to jeden z najlepszych przewoźników. Przy okazji polecił nam „małą Chorwację” w Jurkowie. Jeżeli ktoś się wybiera, polecamy sprawdzić i dać nam znać, czy warto.
Karpackie szlaki na długo pozostaną w naszej pamięci.
Hrabianka A na drugim planie chłodzi się
jak pies wywieszonym językiem














Pogoda chwilowo się polepszyła, więc trasę z Jurkowa do promu na Wytrzyszczce pokonaliśmy równie szybko, choć górki wcale nie straciły na swoim stopniu nachylenia. Szczególnie te w Tropiu i samym już Rożnowie dały nam się we znaki, aż chce się rzec, że miotało nami jak szatanami.


jakże nowoczesny prom na Wytrzyszczce
Do celu dojechaliśmy ponownie kompletnie mokrzy i spragnieni ciepłego kąta. Na szczęście tym razem nie musieliśmy już spać pod namiotem i mogliśmy się napić zupełnie ciepłej herbaty. Szczęśliwi, że udało nam się dojechać do celu. Następny wyczyn, który spokojnie możemy wpisać sobie do CV.

przez moment wydawało nam się, że to fatamorgana
Bilans: 35 km + ok. 10 km przejechane stopem.
Całkowity bilans podróży: 200 km



piątek, 5 sierpnia 2011

Dzień drugi: KRYZYS

24 lipca
Hrabianka A i Diuk na przedzie
szlachecka pogoda
Diuk doznał oświecenia i stwierdził, że jednak nie musimy jechać przez Lanckoronę. Ruszyliśmy w mało szlacheckich humorach z wyjątkowo obolałymi pośladkami i odczuwalnymi mięśniami, których obecność nie była nawet zaznaczona na lekcjach biologii. Nie wiedząc którędy jechać, Diuk załatwił przewodnika rowerowego, którego można porównać do prawdziwych górskich piechurów - narzucił mordercze tempo, wjeżdżając pod 8 procentową górę któremu nie śmiałyśmy się początkowo sprzeciwić. Deszcz robił co mógł aby nas zatrzymać, na szczęście odpowiednio wyposażeni przebraliśmy się w foliowe krasnoludki co uchroniło nas przed całkowitym przemoczeniem. Sporo czasu zmarnowaliśmy jednak siedząc schowani i skuleni na przystanku marząc o ciepłym kubku jakiegoś trunku, ponieważ Hrabianka D straciła wzrok – okulary nie mają wycieraczek, a Hrabianka A ogólnie zaniemogła i nawet mogłaby przysiąc, że ma permanentny zanik pamięci, ponieważ nie wie, co działo się dnia drugiego.
Pożywiliśmy się pizzą w Pizza Pat – była wielce dobra i duża, tak że starczyła i na śniadanie dnia trzeciego. Sporządziliśmy notatkę opisującą przebieg trasy dnia drugiego. Wyglądała następująco:
dom Juniora
- 8 stopniowa góra ze schodami
- mnóstwo ślimaków na drodze
- kryzys
- deszcz
-kryzys
-pizza
-kryzys
- pole namiotowe
-prysznic
W Łapanowie zupełnie przypadkowo trafiliśmy na pole namiotowe, na którym dostaliśmy 50% zniżkę na malutki domek, prawdopodobnie z powodu stanu naszego przemoczenia i deszczu, który nie wyglądał, jakby gdzieś się wybierał. Mieliśmy okazję się wyspać na – jak nam się wtedy wydawało- najwygodniejszych łóżkach świata i wziąć gorący prysznic, tak potrzebny po całym dniu tułaczki w deszczu.
Bilans: 58 km

środa, 3 sierpnia 2011

Dzień pierwszy, MAM SWETER NA PODUSZKĘ


 23 lipca

Tym razem podróż nie rozpoczęła się od kawy, ponieważ pociąg TLK z Katowic do Jaworzna jak zwykle nie pojawił się na peronie powodując opóźnienie wyprawy. Już w Szczakowej poczułyśmy trud podjeżdżania pod górę z niegodnym hrabianek ciężkim obciążeniem (jednak jak wiadomo hrabianki biorą ze sobą w podróż WSZYSTKO). Pogoda była wielce ładna acz trochę nieodpowiednia i zbyt słoneczna na podróż rowerem. Pierwsze 30 km pokonałyśmy z zadziwiającą łatwością i w zadowalającym tempie. Problemy rozpoczęły się, kiedy dołączył do nas Diuk ze swoją jakże genialną wizją trasy widokowej. Nawet rower Maria Awaria „traktorek” zaprotestował, zrzucając zbędny łańcuch niczym wąż skórę. Zdecydowanie odradzamy trasę przez Pogorzyce, które powinny się raczej nazywać: Pod-Górzyce.

Maria Awaria i Diuk
po wyprawie jesteśmy pewne, że połowa bagażu była zbędna...
 Planowana wycieczka do Dinozatorlandu okazała się zbyt śmiałym założeniem – w Zatorze byliśmy przed siedemnastą. Zabawę z dinozaurami zastąpiłyśmy zjedzeniem Diukowi kebaba. Planowo dojechać chcieliśmy do Lancokorony (genialny pomysł Diuka – nieświadomego, że wioska ta znajduje się w lesie na górce otoczonej bonusowo innymi górkami, o czym informowałyśmy go cały dzień). 4 km przed Lanckoroną, w Brodach – zachodzące słońce oraz nadchodzące egipskie ciemności wygrały nierówną walkę ze słabym oświetleniem naszych rowerów zatrzymując nas i zmuszając do znalezienia miłego miejsca na rozbicie namiotu. Miłym miejscem wydawało się pole u pana Grzegorza, 51 letniego rencisty. Wielce miły pan okazał się być fanatykiem religijnym i był nieco niezrównoważony psychicznie. Ale grzecznie potakiwaliśmy wszystkiemu co mówił, by nie wdać się w głębszą dyskusję o ‘amata amama’ oraz ‘polskie złoty’ (???). Pan Grzesiek miał jednak bardzo ciekawą stodołę, która – jak mniemamy – kryła wiele tajemnic. Udostępnił nam wiadro letniej wody, w której z chęcią się orzeźwiliśmy, postanawiając wpisać sobie tę spartańską umiejętność do CV.
prawdziwe oblicze hrabianek.
pierwszy raz widziałyśmy te skrzynki i wielce
nam się spodobały;)
Wieczorem w namiocie, leżąc na poduszkach zrobionych z ubrań, uświadomiliśmy sobie, że nie spodziewaliśmy się, że w górach będą góry. Rowerowy trip po Europie, tak ochoczo planowany podczas jazdy z Jaworzna do Chrzanowa, został natychmiast odwołany i uznany za pomysł godny jedynie szaleńca. Karimaty zjeżdżały w dół po nierównym terenie. Obudziliśmy się połamani i źli, ponieważ o 4 rano Diuk zapomniał, że nie jest sam w namiocie i zaczął hucznie poszukiwać snickersa, a następną pobudkę zapewnił nam o 7 rano gospodarz budząc nas na mszę. (~!@#$%^&*). Podziękowaliśmy za zaproszenie próbując zasnąć chociaż jeszcze na chwilkę. Pogoda nie zapowiadała dalszego ciągu rozpieszczania.

Bilans: 84,5 km

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Dziesięć szlacheckich przykazań rowerowych:

Ktokolwiek widział i jest gotowy zwrócić nasze obolałe pośladki, proszony o niezwłoczny kontakt.
Tymczasem prezentujemy dziesięć szlacheckich przykazań rowerowych:

1. Przez pół roku codziennie jeździj na rowerze po górkach o nachyleniu co najmniej 8 stopni, albowiem inaczej prowadzić rower pod górę będziesz.
2. Czcij siodełko żelowe, co opóźnia zanik pośladków i kości ogonowej.
3. Bierz na deszczowe podróże pelerynki ze ściągaczami wokół szyi oraz przeciwdeszczowe etui na sakwy rowerowe.
4. Nie będziesz szukał noclegów u psychopatów/fanatyków religijnych nienawidzących papieża.
5. Pamiętaj by zawsze mieć pod ręką wzmacniającego Snikersa lub Marsa.
6. Szanuj krzyż swój i unikaj zbędnych obciążeń.
7. Miej zawsze niezbędnik rowerowy: narzędzia, dętkę i pompkę.
8. Będziesz miał szlacheckie urządzenia w postaci szczegółowej mapy czy GPS’a w telefonie  (lub bezbłędną orientację, co wielce ułatwia poruszanie się po tak zwanych zadupiach od punktu A do B w jak najkrótszym wariancie).
9. Nie będziesz pożądał jazdy bez błotników na drogach pełnych ślimaków
10. Ani długodystansowej jazdy rowerem z przerzutkami typu „traktor” bez wcześniejszej ich regulacji.


   Zacny plan przejechania tak długiej trasy bez większego przygotowania nie powiódł się. Nie wykluczamy jednak, że to nie-pogoda jest głównym czynnikiem wpływającym na nasz kryzys w podejściu do dalszej jazdy jak i chodzenia po górach. W każdym razie i tak jesteśmy z siebie zadowolone, bo podołałyśmy połowie naszego planu. Niestety...ból mięsni i ciągle padające grochy z nieba nie zachęcały do zrealizowania drugiej części trasy.  
   Pierwsze kilometry przejechaliśmy zgodnie z tym, co sobie wymyśliliśmy wcześniej. W 3 dni 180km. Niby mało... na spokojnie mieliśmy jechać a po drodze jeszcze wiele zwiedzać i cieszyć się pięknymi widokami. Trochę nasze wyobrażenie o rowerowym tripie uległo przemianie. Polskie drogi w górach są niesamowicie strome a widoki uprzykrzają niezliczone ilości potrąconych zwierząt.

Relacja z pierwszego dnia rowerowego tripa już jutro :)