poniedziałek, 9 maja 2011

Czupel i schronisko na Magurce

Nieświadomi tego co czynić mają, przeszli znów słynną bielską kładką na drugą stronę. Na stacji benzynowej chytrze chcieli zajrzeć do mapy ale postanowili jednak zaufać miłemu Panu, który poradził przejazd autobusem linii nr 8 do stacji Szyndzielnia z przystanku po drugiej stronie. Wizja przechodzenia po raz enty kładką spowodowała nudności u każdego z nich. Czyżby w Bielsku Białej nie mieli pasów? Na szczęście kilkanaście metrów od stacji Pan dojrzał upragnioną zeberkę. Kioskarka sprzedając im bilety (1,20zł ulgowy) potwierdziła to co wcześniej usłyszeli „Jak na Czupel to od Szyndzielni musicie”.  Zadowolone Hrabianki i Pan uczynili tak jak im radzono. Wsiedli i się rozłożyli jak gdyby autobus był ich własnością. Kierowca ostrzegał, że raczej jego linią na Czupel się nie dostaną ale nie jest pewien bo jako rodzony bielszczan, nie chodzi po górach. Cóż mieli zrobić… pojechali tak czy siak. Pod Szyndzielnią spojrzeli na mapę - i wszystko było nie tak. Szczyty według nich miały być w ogóle gdzie indziej umiejscowione a Czupel powinien mieć ponad 900m n.p.m., a nie niewiele ponad 600m n.p.m.  Stwierdzili, że to albo stara mapa, albo na Czupel wysypano więcej ziemi. Nie mieli wyboru - trzeba było po raz kolejny się ośmieszyć i zapytać o drogę. Pan z góralskim akcentem zaśmiał się na sam ich widok. Góral okazał się jednak największym kołem ratunkowym. Pokierował Hrabianki i Pana z powrotem do centrum Bielska i tam nakazał wsiąść w jedenastkę. (CO!? Że niby znowu w stronę kładki!? – pomyśleli). Autobus, który ich przywiózł jeszcze stał...jak gdyby Pan kierowca specjalnie na nich czekał. Pojechali więc do centrum. Na drugą stronę dostali się znalezionymi wcześniej pasami. Bilety kupili w innym kiosku, bo w pierwszym Pani ich oszukała. Na autobus musieli poczekać 25min. Paniusie Hrabianki stwierdziły, że za taką podróż trzeba będzie na szczycie Czupla wzbić wielce szlachecki toast. Udały się więc do sklepu i po dłuższej debacie wybrały białe, słodkie wino i piwa dla Pana. Ekwipunek schowała Hrabianka D myśląc, że skoro niesie najmniejszy bagaż , pomoże towarzyszom. Autobus linii nr 11 zawiózł naszą trójcę do końca swojej trasy – Straconka. Na miejscu doznali jednak małego rozczarowania gdyż nie było żadnych, nawet przeterminowanych, map ani znaków gdzie są szlaki. Hrabianka A z lekkim poirytowaniem już poprosiła o pomoc kobietę zza płotu– „Za tym budynkiem znajdziecie zielony szlak. On Was doprowadzi do schroniska, którego szukacie. Szlak jest krótki, dacie młodzieży radę”. W końcu… w końcu znaleźli się na właściwej drodze do celu. Co prawda wg wcześniejszych analiz w internecie, Paniusie Hrabianki i Pan mieli iść szlakiem niebieskim, ale przecież zielony to też wielce fajny kolor jest. Nie trzeba chyba dodawać, że żadne z nich nie znało znaczenia kolorów. 

Poszli więc… po kilku metrach stromego podejścia Hrabianka D stwierdziła, że nigdy więcej nie będzie nosiła tak szlacheckiej torby wypełnionej butelkami alkoholu. Szlak zielony w stronę Czupla, pomimo że ma zaledwie 4,2km, okazał się drogą powodującą mroczki przed oczami i podchodzenie na górę od dupy strony. Szlak zmuszał ich nawet do trzykrotnego przechodzenia przez jezdnię. Minęli miniaturową wersję wodospadu Niagara napawając się niesamowitymi widokami przy zachodzącym słońcu. Zielony szlak był wciąż stromy i Paniusia Hrabianka D z taśką listonosza na ramieniu miała swoje chwile słabości. Co ona by zrobiła gdyby nie zapasy czekolady? Jedno duplo na lewą nóżkę, drugie duplo na prawą nóżkę… trzecie duplo, bo dobre jest. Pan z dużym plecakiem i Hrabianka A również nie pogardzili słodkimi przerwami. 

Droga dłużyła się niemiłosiernie, a Hrabianki z nadzieją w oczach wypatrywały dachu schroniska. Całą drogę umilała im muzyka puszczana z telefonu komórkowego. Ludzie chodzą po górach by się wyciszyć… taaaaak. Nie oni. Hrabianki i Pan nawet przy wspinaczce mają disco disco party party. Po kilku przechyłach i potknięciach ujrzeli, jak się potem okazało, świetne schronisko PTTK na Magurce. 
Magurka, 909 mnpm
Nie wiadomo jak musieli wyglądać, że dostali kiełbaski i rozkaz ich spożycia przy ognisku. Nie wiele myśląc poszli się rozpakować a potem świętować, że dali radę. Pierwsze dwa koronne szczyty są ich! Winem i piwem Hrabianki i Pan zapijali pyszne, lekko zwęglone kiełbaski. Noc była mroźna ale absolutnie nie popsuła żadnemu z nich humoru. Tematy przy ognisku lały się jak woda. Ba… nawet o konstelacji gwiazd sobie porozmawiali. Takie ot szlacheckie i wykształcone towarzystwo. 
Drugi dzień i niestety powrót. Pieczątki dostaje się w schronisku, gdyż na Czuplu nic nie zastaniecie. Nie licząc drzew i widoków oczywiście.
Pana Jarka nigdy nie zapomną - jego gościnność przerosła najśmielsze oczekiwania szlachciców. Może się jeszcze kiedyś spotkają. Jednak na pewno nie w schronisku na Magurce. Zielony szlak dał im w kość. No chyba, że Paniusie Hrabianki znajdą na mapie, którą dostały w prezencie by się już nie gubić, inny szlak prowadzący na Czupel. Przyszłość pokaże. Tymczasem… w planach naszej trójki rodzą się nowe pomysły na następne koronne szczyty. 
deszcz chciał nam zepsuć humor... następnym razem testujemy lżejsze obuwie :)

piątek, 6 maja 2011

Skrzyczne i mokasyny

           Podobno w góry trzeba wybierać się z samego rana. Paniusie Hrabianki i Pan dobrze o tym wiedzieli. Byleby to rano nie było zbyt wcześnie, bo przecież rano trzeba się spakować no i ładnie wyglądać dla gór. Ich wędrówka z tego też powodu rozpoczęła się o 11 – bo wcześniej Hrabianki i Pan musieli delektować się kawą i herbatą, zastanawiając się w którą stronę są te góry. Blueconnect wykorzystali do zalogowania się na Facebooku i dodania się do znajomych (Hrabianka A nie znała wcześniej Pana K), bo to ważniejsze niż poszukanie odpowiedniego szlaku w googlach. W końcu wyruszyli. Zanim jednak przejdziemy do samej przygody na szlaku czerwonym, skupmy się na tym skąd się w ogóle tam wzięła ta trójka.
Hrabianka D jest z Chorzowa, Hrabianka A z Jaworzna, a Pan jest z Warszawy. Każdy z innej parafii. Z Katowic dotarli do Bielska-Białej wielce wygodnym pociągiem regio. Dało to Hrabiance A półtorej godzinną możliwość do narzekania, na jak wielkim jest kacu. Hrabianka D poczęstowała A Actimelkiem aby miała siłę i kulturalne bakterie… obie po tym zasnęły.
Po wyjściu z dworca PKP w Bielsku należy odwrócić się w prawo. Trójca wspaniałych przeszła bardzo fajną kładką na drugą stronę ulicy, bo tak coś kojarzyli z internetu (jak będzie kiedyś pikieta by usunąć te kładkę - przyjeżdżajcie wszyscy!). Następnym wehikułem podróży stał się jeszcze wygodniejszy PKS. Bez zniżek studenckich (nie ma możliwości zakupu biletu w kasie – pani o godzinie 9 je i ma przerwę, nie sprzeda i koniec – do kierowcy!) dojechali do Szczyrku (6,30 zł) Biały Krzyż i rozpanoszyli się w Regionalnym Zajeździe wprowadzając innych turystów w zniesmaczenie. Turyści oczywiście wyposażeni w polarki i kijki. Ale o tym kiedy indziej. 

dobre złego początki
Mapę znaleźli przy jakiś dziwnych znakach i śmiejąc się, zdecydowali gdzie iść. Szlak im. Stanisława Huli (czerwony) przywitał ich stromym, ostrym podjazdem. Pełni sił wyprzedzali markowych turystów. Ale zaraz zaraz... trzeba przecież pierdolnąć fote! Pierwsze 3,5 km Paniusie Hrabianki i Pan przeszli żwawo zadowoleni z siebie. Ktoś po drodze mówił ‘Cześć’, ‘Dzień dobry’  (O co chodzi?)… grzecznie odpowiadali. Przy każdym mijaniu innych turystów czuli na sobie ich wzrok. Czyżby obuwie im nie pasowało? Paniusie Hrabianki w trampkach, a Pan w... mokasynach. Co jak co - ale dla gór trzeba się przecież ładnie ubrać. Szacunek się należy. Idąc szlakiem czerwonym minęli pierwszy szczyt – Malinów. Tylko że dowiedzieli się o tym będąc na szczycie drugim – Malinowska Skała. Miejsce idealne na zjedzenie śniadania… no i pierdolnięcia sobie zdjęcia z ręki. 
Była to bowiem wycieczka, która od początku do końca sponsorowało wulgarne słowo „pierdolnięcie”, które w ich ustach brzmiało iście szlachecko. No ale dobrze, bo mogłoby się wydawać, że obyło się bez potu i zmęczenia – nie, nie – kolejno z ich odzienia znikały warstwy ubrań mających chronić przed ewentualnym gniewem pogody (w końcu jednak dzięki nim się pogniewała – dlatego że ładnie się ubrali) i wyszło ich szlachetne mieszczaństwo. Jakaś głęboko ukryta duma nie pozwalała im sięgnąć po kijki, których zastosowanie wciąż było i jest niejasne, o ile nie idzie się na czworaka.
Na Malinowskiej Skale dowiedzieli się od prawdziwych piechurów, że Czupel, który mają zamiar zdobyć po dotarciu na Skrzyczne nie znajduje się w ogóle w okolicy. Zdziwienie Jaśnie Hrabianek było niemałe. Pan miał relaks i jadł, więc się nie przejmował. Prawdziwi piechurzy mają jednak to do siebie, że coś tam wiedzą, o wszystkim i niczym, ale w głowie sobie tego poukładać nie umieją do końca. Otworzyli wielką mapę i Hrabianka D pospieszyła do niej ochoczo początkowo ogarniając całą delikatnie poruszając gałkami ocznymi, niezauważenie – tak aby nikt nie zorientował się, że nie wie, gdzie szukać na niej czegokolwiek. Koniec końców jak zwykle – Hrabianki miały racje. Czupel był, a piechurzy chcieli się popisać. 
Grunwald podbity

Z Malinowskiej ochoczo ruszyli dalej szlakiem zielonym– najpierw w dół kamienistą drogą, później przez pole przypominające Grunwald – gdzie nie omieszkali sobie… powiedzmy „zrobić” kolejnych zdjęć. Owo „zrobić”, z racji sponsorowania imprezy przez inne słowo, możliwe że nie padło ani raz. Droga szła raz to w górę, raz w dół, ale ogólnie była dość przyjemna. W końcu jak mogłoby być inaczej w tak doborowym towarzystwie. Mijali wielu ludzi idących w wielkim skupieniu i ciszy, z minami cierpiętników i cierpiętnic, w myślach liczących każdy oddech. A po co, skoro w górach można się tak świetnie bawić? Rozmawiać, śmiać się, słuchać muzyki z telefonu. Przystawać pod pretekstem ściągnięcia z siebie jakiegoś ubrania lub zjedzenia czegoś słodkiego. Wszystko można. 
uśmiechnięte drzewo - zacna atrakcja
Po wejściu na Czupel, droga na Skrzyczne wydaje się jednak dość łagodnym podejściem. Szli długo, ale było warto – pierwsze pieczątki do książeczek Zdobywców Korony Gór Polski sobie… powiedzmy: „wbili”. Tzn. Paniusie Hrabianki wbiły. Panem kierują wyższe pobudki, które nie wymagają posiadania żadnej książeczki. 
Schronisko na Skrzycznym było przeludnione, jak i sam szczyt, a ubikacja za zeta jest w stylu ‘na Małysza’. Mnóstwo osób na rowerach a w powietrzu – na paralotniach. Pan zameldował siebie i Hrabianki na facebooku. Napisał: SZCZKRZYCZNE. Zrobili fotę z iPhona, trochę pokręcili się po szczycie szukając sobie miejsca. Cieszyli oczy widokami. Ponieważ była już 14:00, a przed nimi był jeszcze Czupel, w dół zmuszeni byli zjechać kolejką (12 zł) co pozwoliło:
a) zamarznąć im w powietrzu w iście hrabiańskich ubraniach
b) dłużej cieszyć się pięknymi widokami
c) doprowadzić do refleksji, że może następnym razem przydałyby się rękawiczki.

Junior
 Z dołu, mimo wcześniejszych zapewnień pani z Regionalnego Zajazdu, autobus wcale nie jeździł co 20 min, ale mieli szczęście i nie musieli czekać zbyt długo. Skorzystali z czasu i udali się do karczmy na szybkie ciepłe jedzenie. Paniusie Hrabianki zamówiły barszcz z krokietem, Pan miał relaks i zadowolił się żurkiem. Barszcz i krokiety przyszły zbyt późno, przez co A i D musiały ku swojemu niezadowoleniu wielce szybko jeść krokieta smakującego niczym z domieszką gazety wyborczej, a przepieprzony barszczyk przelać do plastikowego kubka. PKS przyjechał niepunktualnie, ale nie marudzili. Droga powrotna do Bielska-Białej była fascynująca, gdyż kierowca większość trasy pokonał w żółwim tempie i na luzie. W Bielsku znowu przywitała ich dobrze znana już kładka.