środa, 15 lutego 2012

Hu hu ha & jingle bells.


Powiedzmy to sobie w końcu szczerze.
Zimą nie da się chodzić w papuciach.

Marząc o wojażach robimy kilka rzeczy. Podróżujemy palcem po mapie, czekając z utęsknieniem na interesujące oferty tanich lotów lub szalone promocje Polskiego Busa i sprawiamy, że zbłąkane ptaszki mogą kontynuować swoje podróże w pełnymi brzuszkami.


rudziki pięknie śpiewają, powiadam wam. Bardzo lubią rodzynki!
Chcemy to!

Powiedzcie, dlaczego ta zima już sobie nie pójdzie?

Co do podróży, to jak na razie mamy zaplanowane same nie-papuciowe.
Tanie loty z Ryanaira i Wizzaira owszem, są, ale wszędzie tam, gdzie jest zimno, a my już mamy dość zimna. A gdy będzie ciepło, to tych lotów już nie ma.
Polski Bus i SimpleExpress zabiorą nas w maju i czerwcu do Berlina i Wilna.
Miejmy nadzieję, że pozostanie trochę czasu na kolejne szczyty ;)




Czy ktoś wymyśli ładne imię dla Pana Balkonowego Bałwana?

niedziela, 7 sierpnia 2011

Dzień trzeci: Czarna plaga

po raz kolejny deszcz chciał nam popsuć humor
25 lipca
Wyspani i szczęśliwi otworzyliśmy drzwi naszego małego przytulnego domu. Ujrzeliśmy deszcz. Pogodzie daliśmy szansę, aby się poprawiła, ale niestety – im dłużej czekaliśmy, tym bardziej padało. Nie mieliśmy więc wyjścia – przyodzialiśmy nasze kolorowe kubraczki i ruszyliśmy w stronę Rożnowa, będącego naszym celem.
Właściwie chyba już po 5 minutach byliśmy kompletnie przemoczeni w miejscach, których  nie zakrywały przeciwdeszczowe płaszcze. Trzeba jednak przyznać, że narzuciliśmy całkiem dobre tempo, ponieważ pierwszy odpoczynek zrobiliśmy dopiero po 10 km. Pomiedzy Łapanowem a Rożnowem jest 50 km i musimy przyznać, że wydaje się to dystansem dłuższym niż początkowe 85 km zważając na warunki pogodowe. Praktycznie nie rozmawialiśmy, pod góry o nachyleniu 8 i 10 stopni bez słowa wprowadzaliśmy rowery (Hrabianka D walczyła i pod wiele wjechała – Hrabianka A poddawała się widząc sam ostrzegający znak). Jesteśmy pewne, że gdyby istniał ślimakowy sąd, zostałybyśmy przed nim postawione i stracone – mamy na sumieniu nie jednego, nie dwa, a „kilka” rodzin ślimaków pozbawionych swoich członków. Czasem jednak należało zdecydować – ciężarówka albo ślimak. W ramach zadośćuczynienia i skruchy – prosimy o minutę ciszy poświęconą ich pamięci.

zmęczeni, przeziębieni, mający dość szelestu peleryn
w Gospodzie pod Kamieniem jest dobre
jedzenie i łatwo złapać stopa
W Lipnicy Murowanej zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe całkowicie przemoczeni, aby zjeść coś ciepłego. Stamtąd postanowiłyśmy dać sobie 5 minut na złapanie stopa, nie dlatego, że byliśmy jakoś bardziej niż ostatnio zmęczeni, ale z czystej ciekawości, kto jest gotowy zabrać trzy przemoczone osoby z rowerami załadowanymi bagażami. Ku naszemu zaskoczeniu zatrzymał się już trzeci samochód z panem, którego chwyciły korzonki i na trasie do Jurkowa opowiadał nam kawały i anegdoty związane z innymi autostopowiczami. Trzeba przyznać, że był to jeden z najlepszych przewoźników. Przy okazji polecił nam „małą Chorwację” w Jurkowie. Jeżeli ktoś się wybiera, polecamy sprawdzić i dać nam znać, czy warto.
Karpackie szlaki na długo pozostaną w naszej pamięci.
Hrabianka A na drugim planie chłodzi się
jak pies wywieszonym językiem














Pogoda chwilowo się polepszyła, więc trasę z Jurkowa do promu na Wytrzyszczce pokonaliśmy równie szybko, choć górki wcale nie straciły na swoim stopniu nachylenia. Szczególnie te w Tropiu i samym już Rożnowie dały nam się we znaki, aż chce się rzec, że miotało nami jak szatanami.


jakże nowoczesny prom na Wytrzyszczce
Do celu dojechaliśmy ponownie kompletnie mokrzy i spragnieni ciepłego kąta. Na szczęście tym razem nie musieliśmy już spać pod namiotem i mogliśmy się napić zupełnie ciepłej herbaty. Szczęśliwi, że udało nam się dojechać do celu. Następny wyczyn, który spokojnie możemy wpisać sobie do CV.

przez moment wydawało nam się, że to fatamorgana
Bilans: 35 km + ok. 10 km przejechane stopem.
Całkowity bilans podróży: 200 km



piątek, 5 sierpnia 2011

Dzień drugi: KRYZYS

24 lipca
Hrabianka A i Diuk na przedzie
szlachecka pogoda
Diuk doznał oświecenia i stwierdził, że jednak nie musimy jechać przez Lanckoronę. Ruszyliśmy w mało szlacheckich humorach z wyjątkowo obolałymi pośladkami i odczuwalnymi mięśniami, których obecność nie była nawet zaznaczona na lekcjach biologii. Nie wiedząc którędy jechać, Diuk załatwił przewodnika rowerowego, którego można porównać do prawdziwych górskich piechurów - narzucił mordercze tempo, wjeżdżając pod 8 procentową górę któremu nie śmiałyśmy się początkowo sprzeciwić. Deszcz robił co mógł aby nas zatrzymać, na szczęście odpowiednio wyposażeni przebraliśmy się w foliowe krasnoludki co uchroniło nas przed całkowitym przemoczeniem. Sporo czasu zmarnowaliśmy jednak siedząc schowani i skuleni na przystanku marząc o ciepłym kubku jakiegoś trunku, ponieważ Hrabianka D straciła wzrok – okulary nie mają wycieraczek, a Hrabianka A ogólnie zaniemogła i nawet mogłaby przysiąc, że ma permanentny zanik pamięci, ponieważ nie wie, co działo się dnia drugiego.
Pożywiliśmy się pizzą w Pizza Pat – była wielce dobra i duża, tak że starczyła i na śniadanie dnia trzeciego. Sporządziliśmy notatkę opisującą przebieg trasy dnia drugiego. Wyglądała następująco:
dom Juniora
- 8 stopniowa góra ze schodami
- mnóstwo ślimaków na drodze
- kryzys
- deszcz
-kryzys
-pizza
-kryzys
- pole namiotowe
-prysznic
W Łapanowie zupełnie przypadkowo trafiliśmy na pole namiotowe, na którym dostaliśmy 50% zniżkę na malutki domek, prawdopodobnie z powodu stanu naszego przemoczenia i deszczu, który nie wyglądał, jakby gdzieś się wybierał. Mieliśmy okazję się wyspać na – jak nam się wtedy wydawało- najwygodniejszych łóżkach świata i wziąć gorący prysznic, tak potrzebny po całym dniu tułaczki w deszczu.
Bilans: 58 km

środa, 3 sierpnia 2011

Dzień pierwszy, MAM SWETER NA PODUSZKĘ


 23 lipca

Tym razem podróż nie rozpoczęła się od kawy, ponieważ pociąg TLK z Katowic do Jaworzna jak zwykle nie pojawił się na peronie powodując opóźnienie wyprawy. Już w Szczakowej poczułyśmy trud podjeżdżania pod górę z niegodnym hrabianek ciężkim obciążeniem (jednak jak wiadomo hrabianki biorą ze sobą w podróż WSZYSTKO). Pogoda była wielce ładna acz trochę nieodpowiednia i zbyt słoneczna na podróż rowerem. Pierwsze 30 km pokonałyśmy z zadziwiającą łatwością i w zadowalającym tempie. Problemy rozpoczęły się, kiedy dołączył do nas Diuk ze swoją jakże genialną wizją trasy widokowej. Nawet rower Maria Awaria „traktorek” zaprotestował, zrzucając zbędny łańcuch niczym wąż skórę. Zdecydowanie odradzamy trasę przez Pogorzyce, które powinny się raczej nazywać: Pod-Górzyce.

Maria Awaria i Diuk
po wyprawie jesteśmy pewne, że połowa bagażu była zbędna...
 Planowana wycieczka do Dinozatorlandu okazała się zbyt śmiałym założeniem – w Zatorze byliśmy przed siedemnastą. Zabawę z dinozaurami zastąpiłyśmy zjedzeniem Diukowi kebaba. Planowo dojechać chcieliśmy do Lancokorony (genialny pomysł Diuka – nieświadomego, że wioska ta znajduje się w lesie na górce otoczonej bonusowo innymi górkami, o czym informowałyśmy go cały dzień). 4 km przed Lanckoroną, w Brodach – zachodzące słońce oraz nadchodzące egipskie ciemności wygrały nierówną walkę ze słabym oświetleniem naszych rowerów zatrzymując nas i zmuszając do znalezienia miłego miejsca na rozbicie namiotu. Miłym miejscem wydawało się pole u pana Grzegorza, 51 letniego rencisty. Wielce miły pan okazał się być fanatykiem religijnym i był nieco niezrównoważony psychicznie. Ale grzecznie potakiwaliśmy wszystkiemu co mówił, by nie wdać się w głębszą dyskusję o ‘amata amama’ oraz ‘polskie złoty’ (???). Pan Grzesiek miał jednak bardzo ciekawą stodołę, która – jak mniemamy – kryła wiele tajemnic. Udostępnił nam wiadro letniej wody, w której z chęcią się orzeźwiliśmy, postanawiając wpisać sobie tę spartańską umiejętność do CV.
prawdziwe oblicze hrabianek.
pierwszy raz widziałyśmy te skrzynki i wielce
nam się spodobały;)
Wieczorem w namiocie, leżąc na poduszkach zrobionych z ubrań, uświadomiliśmy sobie, że nie spodziewaliśmy się, że w górach będą góry. Rowerowy trip po Europie, tak ochoczo planowany podczas jazdy z Jaworzna do Chrzanowa, został natychmiast odwołany i uznany za pomysł godny jedynie szaleńca. Karimaty zjeżdżały w dół po nierównym terenie. Obudziliśmy się połamani i źli, ponieważ o 4 rano Diuk zapomniał, że nie jest sam w namiocie i zaczął hucznie poszukiwać snickersa, a następną pobudkę zapewnił nam o 7 rano gospodarz budząc nas na mszę. (~!@#$%^&*). Podziękowaliśmy za zaproszenie próbując zasnąć chociaż jeszcze na chwilkę. Pogoda nie zapowiadała dalszego ciągu rozpieszczania.

Bilans: 84,5 km

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Dziesięć szlacheckich przykazań rowerowych:

Ktokolwiek widział i jest gotowy zwrócić nasze obolałe pośladki, proszony o niezwłoczny kontakt.
Tymczasem prezentujemy dziesięć szlacheckich przykazań rowerowych:

1. Przez pół roku codziennie jeździj na rowerze po górkach o nachyleniu co najmniej 8 stopni, albowiem inaczej prowadzić rower pod górę będziesz.
2. Czcij siodełko żelowe, co opóźnia zanik pośladków i kości ogonowej.
3. Bierz na deszczowe podróże pelerynki ze ściągaczami wokół szyi oraz przeciwdeszczowe etui na sakwy rowerowe.
4. Nie będziesz szukał noclegów u psychopatów/fanatyków religijnych nienawidzących papieża.
5. Pamiętaj by zawsze mieć pod ręką wzmacniającego Snikersa lub Marsa.
6. Szanuj krzyż swój i unikaj zbędnych obciążeń.
7. Miej zawsze niezbędnik rowerowy: narzędzia, dętkę i pompkę.
8. Będziesz miał szlacheckie urządzenia w postaci szczegółowej mapy czy GPS’a w telefonie  (lub bezbłędną orientację, co wielce ułatwia poruszanie się po tak zwanych zadupiach od punktu A do B w jak najkrótszym wariancie).
9. Nie będziesz pożądał jazdy bez błotników na drogach pełnych ślimaków
10. Ani długodystansowej jazdy rowerem z przerzutkami typu „traktor” bez wcześniejszej ich regulacji.


   Zacny plan przejechania tak długiej trasy bez większego przygotowania nie powiódł się. Nie wykluczamy jednak, że to nie-pogoda jest głównym czynnikiem wpływającym na nasz kryzys w podejściu do dalszej jazdy jak i chodzenia po górach. W każdym razie i tak jesteśmy z siebie zadowolone, bo podołałyśmy połowie naszego planu. Niestety...ból mięsni i ciągle padające grochy z nieba nie zachęcały do zrealizowania drugiej części trasy.  
   Pierwsze kilometry przejechaliśmy zgodnie z tym, co sobie wymyśliliśmy wcześniej. W 3 dni 180km. Niby mało... na spokojnie mieliśmy jechać a po drodze jeszcze wiele zwiedzać i cieszyć się pięknymi widokami. Trochę nasze wyobrażenie o rowerowym tripie uległo przemianie. Polskie drogi w górach są niesamowicie strome a widoki uprzykrzają niezliczone ilości potrąconych zwierząt.

Relacja z pierwszego dnia rowerowego tripa już jutro :)


piątek, 22 lipca 2011

Korona rowerem

Nasze skromne grono czytelnicze informujemy, że postanowiłyśmy zorganizować sobie prywatny survival rowerowy polegający na przejechaniu około 350 km. Wydawać się niektórym może śmieszne - okej. Przypominamy, że jesteśmy hrabiankami. Mamy delikatne pośladki i chodzimy w wąskich spodniach, a rozbudowanie łydek zwiększa szanse na ich pęknięcie.

stan nieprzygotowania Hrabianki A
Wyruszamy już jutro, o ile nasz tymczasowy stan permanentnego nieprzygotowania na to pozwoli.

Trasa Szlachecka prowadzi z Jaworzna do Rożnowa przez Zator, Wadowice, Lanckoronę oraz Łapanów. Następnie z Rożnowa gdzieś w góry (kierunek Piwniczna-Zdrój) by zdobyć kolejne dwa szczyty - Radziejowa (1262m n.p.m.) i Wysoka (1050m n.p.m.) i stamtąd - o ile znajdziemy jeszcze jakieś siły, rowerem do Tarnowa, skąd skorzystamy z dobrodziejstw tak punktualnego PKP.

Hrabianka D zrezygnowała z wzięcia suszarki


Z około tygodniowej wyprawy na pewno przywieziemy coś na wzór Blair Witch Project.
Fingers crossed!


Trasa rowerowa 1131096 - powered by Bikemap 

poniedziałek, 18 lipca 2011

Królowa niepogód zdobyta


            Wyprawę na Babią przygotowałyśmy w pełni, tzn.: zrobiłyśmy zdjęcia przewodnika po górach w księgarni, przeczytałyśmy (o dziwo!) te kartki, którym zrobiłyśmy zdjęcia i skonfrontowałyśmy tę nowo nabytą wiedzę z wyszukiwarką Google. Tym razem postanowiłyśmy nie dać się zaskoczyć – Babia Góra, jak każda baba jest nieprzewidywalna i kapryśna, a ponieważ dzień wcześniej donoszono, że na Kasprowym spadł śnieg - na Babiej spodziewałyśmy się co najmniej gradobicia i deszczu kozic lub żab.
            Tak więc w podróż wzięliśmy wszystko: czapkę, rękawiczki, płaszcze przeciwdeszczowe dla całej ekipy, ekstra pary skarpet, szminki ochronne, latarki gdybyśmy zupełnie przypadkiem postanowili odkryć nowy szlak papuciowy, szaliki i chusty Buff. I przyznać trzeba, że z całego tego zestawu przydały się tylko chusty i apaszki, ponieważ Babia przewrotnie zaskoczyła nas iście szlachecką, słoneczną pogodą. Dobrze że hrabianki oprócz swoich wypasionych dżinsów postanowiły wziąć także wypasione geterki zwane inaczej legginsami, które polecamy brać w podróż każdemu. 
            Doszliśmy do wniosku, iż najłatwiej do celu będzie nam dotrzeć obierając trasę do Krakowa i stamtąd autobusem jadącym przez Suchą Beskidzką do Zawoi w cenie 12,30 zł studencki. Dotarcie do znalezionego przez nas w internecie noclegu w Zawoi Wełcza (u miłych państwa, którzy nie powiedzieli nam przez telefon, że mieszkają 3 km od przystanku) już wystarczająco nas zmęczyło, do tego stopnia, że towarzyszący nam Diuk Kubota był bliski utraty swojego życia, jednak spotkało go miłosierdzie, gdyż zagubił w pociągu swoją kurtkę, więc było nam go po ludzku szkoda.
chcieliśmy z drogowskazem do Babiej...
 Zabraliśmy ze sobą to, co wydawało nam się potrzebne i (podwiezieni przez interesownego gospodarza) rozpoczęliśmy wędrówkę z Przełęczy Lipnickiej (Krowiarki) szlakiem czerwonym dowiadując się przy okazji, że dzień wcześniej od tej strony na Babią zdecydowało się podejść jedynie 8 osób z powodu niepogody. Jako że szlak prowadzi przez Babiogórski Park Narodowy, wstęp na ten teren jest płatny - 2,60zł ulgowy, jednak dostaje się całkiem ładną pamiątkową pocztówkę. Po pierwszych 20 minutach Hrabianka A w myślach przeklinała ideę zdobywania Korony i tego, kto wymyślił te do granic irytujące schody, przez które tylko jeszcze bardziej bolały nogi (ale nic nie mówiła, tylko sapała). Po pierwszym kryzysie było już o wiele lepiej. Świeciło słońce, na trasie było wielu turystów witających nas już nieobcym ‘cześć’ lub ‘dzień dobry’. Grisly, który podczas tej wyprawy: pierwszy raz jechał pociągiem oraz pierwszy raz chodził po górach (dla niego była to „Biała Góra", nie "Babia"), wykazał się brakiem kultury constans – ani razu nikomu nie odpowiedział, ani usta jego nie drgnęły w uśmiechu, możliwe, że nawet się wkurzał i nie zapominał podkreślać, jak to hrabianki powoli idą.
            Babia powitała nas rojem much z ciekawością okrążających nas sugerując, że nie zażyliśmy w ostatnim czasie kąpieli (co nie było prawdą, więc na pewno były to muchy chore) i były wszędzie, szczególnie tam, gdzie szlak był otoczony kosodrzewiną i innymi roślinami zielonymi i fajnymi i jeszcze kolorowymi, których tak łatwo już nie rozpoznaliśmy (choć jedna z nas rozpoznała dziewięćsił bezłodygowy, tylko dlatego że jest pod ochroną w jej rodzinnym mieście). Przypomniały nam się zapiski z ery paleozoiku, kiedy to mieliśmy lekcje geografii o piętrowym układzie roślinności. Nic więcej się nie przypomniało.

niezbity dowód wszechobecności much
              Na Sokolicy (1367 m n.p.m.) zachwyciły nas przepiękne widoki, których nie omieszkaliśmy uwiecznić przy okazji dowiadując się, że muchy lubią siedzieć również na obiektywach aparatów. Od tego momentu nasza wędrówka zaczęła upływać w spokoju ducha i przywoływaniu wspomnień z zajęć jogi, kiedy to wszystkim zawsze burczało w brzuchach a niektórzy mieli problemy z utrzymywaniem równowagi. Po drodze usłyszeliśmy nawet, że jesteśmy „dobrą energią na Babiej” (cyt. dosłowny: „widzę, że tutaj bardzo dobra energia płynie prosto do nieba”), tak tak. Towarzyszący nam mężczyźni podchwycili Vrksasana – pozycję drzewa.


            Na całej schodkowej trasie energii dodawały nam słodkości, litry wody i myśl, że na szczycie czeka nas nagroda w postaci eliksiru dającego super moc – buteleczki Frugo. Z Sokolicy szlak jest iście przepiękny i wielce przyjemnie pokonuje się niekończące się schody. Babia Góra lubi bawić się w chowanego. Człowiek myśli, że już widzi szczyt, a tu psikus… punkt widokowy. Kiedy widoczność osiąga więcej niż 3m, grę w chowanego wynagradza zastana panorama. Idąc dalej szlakiem czerwonym po drodze zdobyliśmy również szczyt Kępa (1530m n.p.m.) oraz mało szlachecko brzmiący – Gówniak (1617m n.p.m.).




            Pokonując kolejne niewygodnie ułożone kamienie, zdobyliśmy upragniony szczyt, na którym wszyscy piechurzy chowają się za wiatrochronem. Na górze siła wiatru potrafiłaby przewrócić niejednego malucha ledwo stąpającego po ziemi. Niewiele  zwlekając rozłożyliśmy się na dużym kamieniu w celu spożycia eliksiru mocy. Sesja z zajęć jogi została uwieczniona zarówno w formie obrazu jak i wideo. Nasz towarzysz Grisly dał nawet popis tajemnej dla reszty sztuki posługiwania się jojo. 

po zdobyciu Diablaka ukryliśmy się za granicą ;)

klasycznie: nasze papucie :)
     Poprawiając humory pozostałym piechurom, pożegnaliśmy się z Babią Górą i skierowaliśmy się na szlak żółty w stronę Schroniska PTTK Markowe Szczawiny, gdzie my - Hrabianki - wbiłyśmy kolejne pieczątki do książeczki Zdobywców Korony Gór Polski. Po dokładnym rozeznaniu terenu schroniska, zgodnie przyznaliśmy, że dobrze zrobiliśmy nie wybierając noclegu w tym miejscu. Skorzystaliśmy jedynie z toalety, która na szczęście nie zmuszała do załatwiania sprawy ‘na małysza’ oraz z śmietnika – nie uznajemy wyrzucania śmieci poza miejscem do tego przeznaczonym. Na ławeczkach zrobiliśmy kolejną sesję zdjęciową z Frugo i bańkami mydlanymi. Piechurzy, którzy rzucają wszystko gdzie popadnie, prędzej czy później zostaną surowo ukarani przez Matkę Naturę(!). A przynajmniej tego im życzymy.

drugi plan był głodny
     Schodzenie w dół z Babiej Góry jest nudniejsze… tak słyszeliśmy. Wystarczy jednak włączyć odpowiednią muzykę i uważając by się nie poślizgnąć, można schodzić i tańczyć. Wszyscy byliśmy w takiej euforii, że momentami nawet zbiegaliśmy, ciesząc się jak malusie dzieci. Każdego z nas, obuwie posiada niezniszczalną podeszwę. Cwaniacy z traperami gubią kawałki swoich butów a my jak na tańcu na lodzie...ślizgamy się kontrolując swoje ruchy. Zatrzymało nas dopiero skrzyżowanie sugerujące, że został otwarty nowy szlak. Od schroniska schodziliśmy szlakiem zielonym. Spojrzeliśmy na mapę by upewnić się gdzie ta nowość ma nas niby doprowadzić. Po chwili dumania stwierdziliśmy, że idziemy tak czy siak, bo przecież wracać się nie będziemy.

trapery...pfffffff
  
     Nasza wycieczka skończyła się na przystanku autobusowym Zawoja Markowa, skąd odebrał nas wielce uprzejmy gospodarz naszego miejsca noclegowego, którego nikomu nie polecimy, bo na pewno są fajniejsze miejsca, w których nikt nie życzy sobie dodatkowej opłaty za dwa krótkie kursy samochodem ;)
i Juniora tym razem nie mogło zabraknąć.












PS. Hrabianki mają już wykształcenie wyższe dziennikarskie. Chętnie przyjmiemy gratulacje i zaproszenia na oblewanie w komentarzach ;)
PS. x2 polecamy: VOD Onet - Korona Ziemi - Martyna Wojciechowska zdobywa Koronę Ziemi.
PS. x3 Hrabianka D dziękuje swojej bratanicy za wyrozumiałość i wieczne pożyczanie śpiwora :*