poniedziałek, 18 lipca 2011

Królowa niepogód zdobyta


            Wyprawę na Babią przygotowałyśmy w pełni, tzn.: zrobiłyśmy zdjęcia przewodnika po górach w księgarni, przeczytałyśmy (o dziwo!) te kartki, którym zrobiłyśmy zdjęcia i skonfrontowałyśmy tę nowo nabytą wiedzę z wyszukiwarką Google. Tym razem postanowiłyśmy nie dać się zaskoczyć – Babia Góra, jak każda baba jest nieprzewidywalna i kapryśna, a ponieważ dzień wcześniej donoszono, że na Kasprowym spadł śnieg - na Babiej spodziewałyśmy się co najmniej gradobicia i deszczu kozic lub żab.
            Tak więc w podróż wzięliśmy wszystko: czapkę, rękawiczki, płaszcze przeciwdeszczowe dla całej ekipy, ekstra pary skarpet, szminki ochronne, latarki gdybyśmy zupełnie przypadkiem postanowili odkryć nowy szlak papuciowy, szaliki i chusty Buff. I przyznać trzeba, że z całego tego zestawu przydały się tylko chusty i apaszki, ponieważ Babia przewrotnie zaskoczyła nas iście szlachecką, słoneczną pogodą. Dobrze że hrabianki oprócz swoich wypasionych dżinsów postanowiły wziąć także wypasione geterki zwane inaczej legginsami, które polecamy brać w podróż każdemu. 
            Doszliśmy do wniosku, iż najłatwiej do celu będzie nam dotrzeć obierając trasę do Krakowa i stamtąd autobusem jadącym przez Suchą Beskidzką do Zawoi w cenie 12,30 zł studencki. Dotarcie do znalezionego przez nas w internecie noclegu w Zawoi Wełcza (u miłych państwa, którzy nie powiedzieli nam przez telefon, że mieszkają 3 km od przystanku) już wystarczająco nas zmęczyło, do tego stopnia, że towarzyszący nam Diuk Kubota był bliski utraty swojego życia, jednak spotkało go miłosierdzie, gdyż zagubił w pociągu swoją kurtkę, więc było nam go po ludzku szkoda.
chcieliśmy z drogowskazem do Babiej...
 Zabraliśmy ze sobą to, co wydawało nam się potrzebne i (podwiezieni przez interesownego gospodarza) rozpoczęliśmy wędrówkę z Przełęczy Lipnickiej (Krowiarki) szlakiem czerwonym dowiadując się przy okazji, że dzień wcześniej od tej strony na Babią zdecydowało się podejść jedynie 8 osób z powodu niepogody. Jako że szlak prowadzi przez Babiogórski Park Narodowy, wstęp na ten teren jest płatny - 2,60zł ulgowy, jednak dostaje się całkiem ładną pamiątkową pocztówkę. Po pierwszych 20 minutach Hrabianka A w myślach przeklinała ideę zdobywania Korony i tego, kto wymyślił te do granic irytujące schody, przez które tylko jeszcze bardziej bolały nogi (ale nic nie mówiła, tylko sapała). Po pierwszym kryzysie było już o wiele lepiej. Świeciło słońce, na trasie było wielu turystów witających nas już nieobcym ‘cześć’ lub ‘dzień dobry’. Grisly, który podczas tej wyprawy: pierwszy raz jechał pociągiem oraz pierwszy raz chodził po górach (dla niego była to „Biała Góra", nie "Babia"), wykazał się brakiem kultury constans – ani razu nikomu nie odpowiedział, ani usta jego nie drgnęły w uśmiechu, możliwe, że nawet się wkurzał i nie zapominał podkreślać, jak to hrabianki powoli idą.
            Babia powitała nas rojem much z ciekawością okrążających nas sugerując, że nie zażyliśmy w ostatnim czasie kąpieli (co nie było prawdą, więc na pewno były to muchy chore) i były wszędzie, szczególnie tam, gdzie szlak był otoczony kosodrzewiną i innymi roślinami zielonymi i fajnymi i jeszcze kolorowymi, których tak łatwo już nie rozpoznaliśmy (choć jedna z nas rozpoznała dziewięćsił bezłodygowy, tylko dlatego że jest pod ochroną w jej rodzinnym mieście). Przypomniały nam się zapiski z ery paleozoiku, kiedy to mieliśmy lekcje geografii o piętrowym układzie roślinności. Nic więcej się nie przypomniało.

niezbity dowód wszechobecności much
              Na Sokolicy (1367 m n.p.m.) zachwyciły nas przepiękne widoki, których nie omieszkaliśmy uwiecznić przy okazji dowiadując się, że muchy lubią siedzieć również na obiektywach aparatów. Od tego momentu nasza wędrówka zaczęła upływać w spokoju ducha i przywoływaniu wspomnień z zajęć jogi, kiedy to wszystkim zawsze burczało w brzuchach a niektórzy mieli problemy z utrzymywaniem równowagi. Po drodze usłyszeliśmy nawet, że jesteśmy „dobrą energią na Babiej” (cyt. dosłowny: „widzę, że tutaj bardzo dobra energia płynie prosto do nieba”), tak tak. Towarzyszący nam mężczyźni podchwycili Vrksasana – pozycję drzewa.


            Na całej schodkowej trasie energii dodawały nam słodkości, litry wody i myśl, że na szczycie czeka nas nagroda w postaci eliksiru dającego super moc – buteleczki Frugo. Z Sokolicy szlak jest iście przepiękny i wielce przyjemnie pokonuje się niekończące się schody. Babia Góra lubi bawić się w chowanego. Człowiek myśli, że już widzi szczyt, a tu psikus… punkt widokowy. Kiedy widoczność osiąga więcej niż 3m, grę w chowanego wynagradza zastana panorama. Idąc dalej szlakiem czerwonym po drodze zdobyliśmy również szczyt Kępa (1530m n.p.m.) oraz mało szlachecko brzmiący – Gówniak (1617m n.p.m.).




            Pokonując kolejne niewygodnie ułożone kamienie, zdobyliśmy upragniony szczyt, na którym wszyscy piechurzy chowają się za wiatrochronem. Na górze siła wiatru potrafiłaby przewrócić niejednego malucha ledwo stąpającego po ziemi. Niewiele  zwlekając rozłożyliśmy się na dużym kamieniu w celu spożycia eliksiru mocy. Sesja z zajęć jogi została uwieczniona zarówno w formie obrazu jak i wideo. Nasz towarzysz Grisly dał nawet popis tajemnej dla reszty sztuki posługiwania się jojo. 

po zdobyciu Diablaka ukryliśmy się za granicą ;)

klasycznie: nasze papucie :)
     Poprawiając humory pozostałym piechurom, pożegnaliśmy się z Babią Górą i skierowaliśmy się na szlak żółty w stronę Schroniska PTTK Markowe Szczawiny, gdzie my - Hrabianki - wbiłyśmy kolejne pieczątki do książeczki Zdobywców Korony Gór Polski. Po dokładnym rozeznaniu terenu schroniska, zgodnie przyznaliśmy, że dobrze zrobiliśmy nie wybierając noclegu w tym miejscu. Skorzystaliśmy jedynie z toalety, która na szczęście nie zmuszała do załatwiania sprawy ‘na małysza’ oraz z śmietnika – nie uznajemy wyrzucania śmieci poza miejscem do tego przeznaczonym. Na ławeczkach zrobiliśmy kolejną sesję zdjęciową z Frugo i bańkami mydlanymi. Piechurzy, którzy rzucają wszystko gdzie popadnie, prędzej czy później zostaną surowo ukarani przez Matkę Naturę(!). A przynajmniej tego im życzymy.

drugi plan był głodny
     Schodzenie w dół z Babiej Góry jest nudniejsze… tak słyszeliśmy. Wystarczy jednak włączyć odpowiednią muzykę i uważając by się nie poślizgnąć, można schodzić i tańczyć. Wszyscy byliśmy w takiej euforii, że momentami nawet zbiegaliśmy, ciesząc się jak malusie dzieci. Każdego z nas, obuwie posiada niezniszczalną podeszwę. Cwaniacy z traperami gubią kawałki swoich butów a my jak na tańcu na lodzie...ślizgamy się kontrolując swoje ruchy. Zatrzymało nas dopiero skrzyżowanie sugerujące, że został otwarty nowy szlak. Od schroniska schodziliśmy szlakiem zielonym. Spojrzeliśmy na mapę by upewnić się gdzie ta nowość ma nas niby doprowadzić. Po chwili dumania stwierdziliśmy, że idziemy tak czy siak, bo przecież wracać się nie będziemy.

trapery...pfffffff
  
     Nasza wycieczka skończyła się na przystanku autobusowym Zawoja Markowa, skąd odebrał nas wielce uprzejmy gospodarz naszego miejsca noclegowego, którego nikomu nie polecimy, bo na pewno są fajniejsze miejsca, w których nikt nie życzy sobie dodatkowej opłaty za dwa krótkie kursy samochodem ;)
i Juniora tym razem nie mogło zabraknąć.












PS. Hrabianki mają już wykształcenie wyższe dziennikarskie. Chętnie przyjmiemy gratulacje i zaproszenia na oblewanie w komentarzach ;)
PS. x2 polecamy: VOD Onet - Korona Ziemi - Martyna Wojciechowska zdobywa Koronę Ziemi.
PS. x3 Hrabianka D dziękuje swojej bratanicy za wyrozumiałość i wieczne pożyczanie śpiwora :*

1 komentarz:

  1. Energia z Babiej utrzymała się do końca wyjazdu oczywiście ;) a pozycja drzewa, której oryginalna nazwa do wymówienia jest raczej ciężka, rzeczywiście rozwesela, nas i nie tylko ;)
    Gdzie strumyk płynie z wolna ... tak sobie śpiewaliśmy ;)

    OdpowiedzUsuń